piątek, 13 listopada 2015

add_filter( ‘xmlrpc_methods’, function( $methods ) { unset( $methods['pingback.ping'] ); return $methods; } );

add_filter( ‘xmlrpc_methods’, function( $methods ) {
unset( $methods['pingback.ping'] );
return $methods;
} );

piątek, 5 października 2012

NAGUAL O POEZJI

Zwykli ludzie nie znają i nigdy nie odgadną przyczyny, dla której tak bardzo interesują ich nieodgadnione zrządzenia losu. Źródłem tego zaciekawienia jest pewien rzeczywisty i potencjalnie przydatny obiekt: nasza więź z intencją. (...) od niepamiętnych czasów bieg
zwykłych spraw usypia nas, nie dając nam możliwości wyjścia poza bierne zainteresowanie. Dopiero
kiedy stajemy u kresu życia, ta naturalna fascynacja losem przybiera odmienny charakter
przesłaniająca obraz mgła opada i zaczynamy widzieć. Niestety, to przebudzenie przychodzi wraz ze
spowodowanym starzeniem się spadkiem energii i nie starcza nam już sił, by zamienić
zainteresowanie w praktyczne i pozytywne odkrywanie. W takiej sytuacji pozostaje nam tylko niejasne, dotkliwe cierpienie, tęsknota za czymś nieopisanym albo po prostu spowodowana świadomością przeoczenia złość.


– Jest wiele powodów, dla których lubię wiersze – oznajmił don Juan. – Chociażby dlatego, że
oddają nastrój wojownika i wyjaśniają to, czego właściwie nie da się wytłumaczyć. Przyznał, że poeci doskonałe zdają sobie sprawę ze swojej więzi z duchem, a jednak – w przeciwieństwie do
czarowników, których stać także na celowe, pragmatyczne działanie – wszystkim, co mają, jest
przeczucie Poeci nie znają ducha bezpośrednio – kontynuował – i dlatego ich utwory nie są
prawdziwym ukłonem w jego stronę. Są jednak bardzo blisko.

Ze stojącego obok krzesła podniósł mój tomik poezji, wybór wierszy Juana Ramona Jimoneza. Otworzył książkę w uprzednio założonym przez siebie miejscu, wręczył mi ją i dał znać, żebym czytał.





kim jest ten mężczyzna, który dostał się
do mego pokoju? Czy to ja, czy żebrak,
który zakradł się do ogrodu
o zmroku?
Rozglądam się
i widzę, że wszystko
jest takie jak dawniej, lecz odmienne...
Może okno było otwarte?
Pewnie spałem już wtedy...
Czyż mój ogród nie był bladą zielenią spowity?
Niebo było jasne, błękitne...
Jest pochmurno
i wietrznie
Miałem chyba, czarne włosy..
i szare ubranie...
dziś jestem siwy i czarno odziany...
Czy to ja stąpam w ten sposób?
A czy głos, który w sobie słyszę,
brzmi dźwięcznie jak dawniej?
Kim jestem? Sobą czy żebrakiem,
który zakradł się do mojego ogrodu
o zmroku?
Rozglądam się...
Jest pochmurno i wietrznie...
A mój ogród jest posępny i mroczny...
Przyszedłem, odchodzę... Czyż nie jest prawdą,
że spałem już wtedy?
Posiwiałem... a wszystko
jest takie jak dawniej, lecz odmienne...



Kiedy przeczytałem wiersz jeszcze raz, po cichu, udzielił mi się nastrój niemocy i dezorientacji.
Spytałem don Juana, czy czuje to samo.

– Wydaje mi się, że autor odczuwa ciężar upływających lat i kiedy zdaje sobie z tego sprawę, niepokoi się – odpowiedział don Juan. – Ale to tylko jeden aspekt sprawy. Mnie bardziej interesuje możliwość, że poeta, który przecież nigdy nie zaznał ruchu punktu scalającego, przeczuwa, że może utracić coś wyjątkowego. Ma graniczące z pewnością przeczucie, że istnieje nieznany, straszliwy przez swą prostotę czynnik, wyznaczający nasz los.

"POTĘGA MILCZENIA" CARLOS CASTANEDA


sobota, 29 września 2012

MATRYCA CZŁOWIEKA


Zaraz po lunchu usiedliśmy z don Juanem, by porozmawiać. Bez żadnych wstępów oznajmił, że
zakończył już swoje wyjaśnienia. Bardzo szczegółowo omówiliśmy wszystkie prawdy dotyczące
świadomości odkryte przez dawnych widzących; poznałem także porządek, w jakim ustawili je nowi
widzący. Podczas ostatniej sesji opowiedział mi dokładnie o dwóch siłach, które pomagają w
poruszeniu naszego punktu połączenia: wzmocnieniu z ziemi i sile toczenia. Wyjaśnił także trzy
techniki opracowane przez nowych widzących – skradanie się, intencję i śnienie – i ich wpływ na
przemieszczanie punktu połączenia.
– Zanim zamkniemy szkolenie na temat opanowania świadomości – ciągnął – musisz zrobić
jeszcze tylko jedną rzecz, a mianowicie samodzielnie przełamać barierę percepcji. Bez niczyjej
pomocy musisz poruszyć swój punkt połączenia i połączyć emanacje należące do innego wielkiego
pasma. Jeśli ci się to nie uda, wszystko, czego się przy mnie nauczyłeś i co robiłeś, zmieni się w puste
słowa. A słowa są dość tanie.
Wyjaśnił, że gdy punkt połączenia oddala się od swej zwykłej pozycji i osiąga pewną głębokość,
przekracza barierę, która na krótki moment zaburza jego umiejętność łączenia emanacji.
Doświadczamy wówczas chwilowego wyłączenia percepcji. Dawni widzący nazywali tę chwilę ścianą
mgły, gdyż zawsze, gdy emanacje zostają rozłączone, widzimy zwał mgły.
Don Juan rzekł, że tę barierę można postrzegać na trzy sposoby. Można myśleć o niej jako o
abstrakcyjnej barierze percepcji; można ją poczuć, tak jakbyśmy przebijali całym ciałem cienką
zasłonę z papieru; albo można ją zobaczyć w postaci zwału mgły.
W ciągu lat mojej nauki don Juan wielokrotnie doprowadzał mnie do stanu, w którym widziałem
barierę percepcji. Na początku podobało mi się określanie jej jako ściany mgły. Don Juan ostrzegł
mnie jednak, że dawni widzący także woleli myśleć o niej w ten sposób, gdyż obraz ściany mgły jest
wielkim ułatwieniem i wygodą, ale niesie ze sobą także poważne niebezpieczeństwo postrzegania
niepojętego zjawiska jako czegoś ponurego i złowieszczego; dlatego on sam uważał, że lepiej jest po
prostu uznać, iż pewne rzeczy są dla nas niezrozumiałe, i nie włączać ich do inwentarza pierwszej
uwagi.
Przez krótki czas dobrze się czułem z obrazem ściany mgły. Potem musiałem zgodzić się z don
Juanem i przyznać, że lepiej jest traktować chwilę przejścia jako niezrozumiałą abstrakcję. Wtedy
jednak nie byłem już w stanie przełamać nawyku. Za każdym razem, gdy przekraczałem barierę
percepcji, widziałem ścianę mgły.
Poskarżyłem się kiedyś don Juanowi i Genarowi, że chociaż chcę zobaczyć barierę inaczej, nie
potrafię tego zmienić. Don Juan stwierdził wówczas, że to zrozumiałe, bo mam upodobanie do rzeczy
ponurych i chorobliwych i że pod tym względem bardzo się od niego różnię. On jest pogodny,
praktyczny i nie czci ludzkiego inwentarza. Ja z kolei nie mam ochoty wyrzucić swojego inwentarza
przez okno i dlatego mam ciężki, ponury charakter i pozbawiony jestem zmysłu praktycznego. Tak
ostra krytyka wstrząsnęła mną. Ogarnął mnie smutek i wpadłem w ponury nastrój. Don Juan i Genaro
śmiali się do łez.
. Genaro dodał, że do tego wszystkiego jestem jeszcze mściwy i mam skłonności do tycia. Śmiali
się tak bardzo, że w końcu musiałem się przyłączyć.
Don Juan mówił mi, że punkt połączenia zdobywa doświadczenie w przesuwaniu się przez
ćwiczenia w konstruowaniu innych światów. Ja jednak zawsze się zastanawiałem, jak wytworzyć
impuls energetyczny, który pozwoliłby wyrwać punkt połączenia z jego zwykłej pozycji. Gdy pytałem
go o to w przeszłości, odrzekł, że ponieważ siła łączenia zaangażowana jest we wszystko, punktem
połączenia porusza intencja. Teraz znów go o to zapytałem.
– Sam już potrafisz na to odpowiedzieć – odrzekł. – Opanowanie świadomości wytwarza impuls
konieczny do poruszenia punktu połączenia. W końcu my, ludzkie istoty, nie jesteśmy niczym wielkim;
można nas sprowadzić do punktu połączenia unieruchomionego na stałe w pewnym położeniu. Nasz
wewnętrzny dialog, czyli inwentarz, jest naszym wrogiem, a zarazem przyjacielem. Bądź wojownikiem;
wycisz swój wewnętrzny dialog; sporządź swój inwentarz, a potem go wyrzuć. Nowi widzący
sporządzają dokładne inwentarze, a potem się z nich śmieją. Brak inwentarza uwalnia punkt
połączenia.
Don Juan przypomniał mi, że wiele mówił o jednym z najbardziej upartych punktów naszego inwentarza: o naszym pojęciu Boga. Rzekł, że to pojęcie jest jak mocny klej, który utrzymuje punkt
połączenia w pierwotnej pozycji. Jeśli chcę zbudować realny świat z emanacji innego wielkiego
pasma, to muszę wykonać pewien krok, który pozwoli mi uwolnić punkt połączenia z wszelkich
więzów.
– Musisz zobaczyć matrycę człowieka – powiedział. – I musisz tego dokonać "dzisiaj, bez niczyjej
pomocy.
– Co to jest matryca człowieka? – zapytałem.
– Wiele razy widziałeś ją przy mojej pomocy. Wiesz, o czym mówię.
Chciałem zaprzeczyć, ale powstrzymałem się. Skoro don Juan twierdził, że widziałem matrycę
człowieka, to musiało tak być, choć nie miałem zielonego pojęcia, jak ona wygląda.
Przejrzał moje myśli. Uśmiechnął się ze zrozumieniem i powoli potrząsnął głową.
– Matryca człowieka to ogromna wiązka emanacji w wielkim paśmie życia organicznego – wyjaśnił.
– Nazywa się matrycą człowieka, bo emanacje, które do niej należą, występują jedynie w obrębie
ludzkiego kokonu. Matryca człowieka to ta część emanacji Orła, którą widzący mogą widzieć
bezpośrednio nie narażając się na żadne niebezpieczeństwo.
Nastąpiła długa pauza. Po chwili don Juan znów się odezwał.
– Przełamanie bariery percepcji jest ostatnim zadaniem w opanowaniu świadomości. Aby
przesunąć swój punkt połączenia do tej pozycji, musisz zgromadzić energię. Wybierz się w podróż po
wspomnienia. Przypomnij sobie, co robiłeś wcześniej!
Bezskutecznie próbowałem przypomnieć sobie, czym jest matryca człowieka. Ogarnęła mnie
okropna frustracja, która szybko zmieniła się w niepohamowany gniew. Byłem wściekły na siebie, na don Juana, na wszystkich.
Moja wściekłość zupełnie go nie poruszyła. Stwierdził rzeczowo, że gniew jest naturalną reakcją na
wahanie punktu połączenia, który nie chce się poruszyć na żądanie.
– Dużo czasu minie, zanim będziesz potrafił zastosować zasadę mówiącą, że twój rozkaz jest
rozkazem Orła – powiedział. – To jest sedno opanowania intencji. Na razie rozkaż sobie nie irytować
się nawet w chwilach najgorszych wątpliwości. To długi i powolny proces, ale w końcu twoje rozkazy
będą słyszane i wykonywane tak, jakby były rozkazami Orła.
Dodał jeszcze, że pomiędzy normalną pozycją punktu połączenia a pozycją, gdzie nie ma się już
żadnych wątpliwości, skąd już jest bardzo blisko do bariery percepcji, istnieje niezmierzony obszar
świadomości. Wojownicy, którzy się tu znajdą, padają ofiarą każdego błędnego uczynku. Ostrzegł
mnie, bym był ostrożny i nie tracił wiary w siebie, gdyż jest więcej niż pewne, że w którejś chwili
przytłoczy mnie poczucie porażki.
– Nowi widzący zalecają bardzo proste działanie, gdy na drodze wojownika pojawi się
niecierpliwość, rozpacz gniew czy smutek. Należy wtedy zataczać kręgi oczami. Każdy kierunek jest
dobry, ale ja wolę to robić zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Ruch oczu sprawia, że punkt
połączenia natychmiast się przesuwa. Ten ruch przynosi ulgę. Jest to substytut prawdziwego
mistrzostwa intencji.
Żałowałem, że mamy za mało czasu, by mógł mi powiedzieć coś więcej o intencji.
– To wszystko wróci do ciebie któregoś dnia – zapewnił mnie. – Jedna rzecz pociągnie za sobą
następną. Wystarczy jedno słowo-klucz i wszystko wróci do ciebie lawiną, jakbyś otworzył drzwi
zapchanej po brzegi szafy.
Wrócił do tematu ludzkiej matrycy. Powiedział, że zobaczenie jej samodzielnie, bez niczyjej
pomocy, jest ważnym krokiem, wszyscy bowiem mamy pewne koncepcje, które muszą zostać
przełamane, zanim staniemy się wolni; widzący, który wypuszcza się w nieznane, by zobaczyć
niepoznawalne, musi osiągnąć stan nieskazitelności.
Mrugnął do mnie i dorzucił, że stan nieskazitelności oznacza uwolnienie się od racjonalnych
założeń i lęków. W tej chwili, mówił, moje racjonalne założenia i obawy nie pozwalają mi na nowo
połączyć emanacji, dzięki którym przypomniałbym sobie ludzką matrycę. Kazał mi się rozluźnić i
poruszać oczami, by sprowokować punkt połączenia do przesunięcia. Powtórzył kilkakrotnie, że to
bardzo ważne, bym przypomniał sobie ludzką matrycę, zanim znów ją zobaczę. A ponieważ mamy
mało czasu, nie mogę sobie pozwolić na to, by działać równie powoli jak zwykle. Posłuchałem jego sugestii i poruszyłem oczami. Pranie od razu opuścił mnie niepokój, a potem
nagle wróciło do mnie wspomnienie i byłem już pewien, że rzeczywiście widziałem matrycę człowieka.
Zdarzyło się to wiele lat wcześniej. Tamten dzień utkwił mi w pamięci, bo z punktu widzenia mojego
katolickiego wychowania don Juan mówił wtedy największe herezje, jakie słyszałem w życiu.
Wszystko zaczęło się od przypadkowej rozmowy, gdy wędrowaliśmy przez podnóże pasma
górskiego na pustyni w Sonorze. Don Juan wyjaśniał mi, do czego właściwie mają mnie doprowadzić
jego nauki. Zatrzymaliśmy się na odpoczynek i usiedliśmy na dużych kamieniach. Jego wyjaśnienia
dotyczące procedury nauczania sprowokowały mnie do tego, że po raz setny spróbowałem mu
opowiedzieć, jak ja się z tym wszystkim czuję. On jednak wyraźnie nie miał już ochoty tego słuchać.
Przeprowadził mnie na inny poziom świadomości i oznajmił, że jeśli zobaczę matrycę człowieka, to
może zrozumiem wszystko, co on robi, a tym samym oszczędzę nam obydwu wielu lat wysiłków.
Wyjaśnił mi szczegółowo, czym jest matryca człowieka. Nie mówił o niej w kategoriach emanacji
Orła, tylko określił ją jako wzorzec energetyczny, który wyciska ludzką charakterystykę na
amorficznych bąblach biologicznej materii. W każdym razie tak to zrozumiałem, zwłaszcza, że w
dalszych wyjaśnieniach posługiwał się mechaniczną analogią. Powiedział, że matryca człowieka
przypomina gigantyczny stempel, który bez końca wyciska ludzkie istoty, jakby przesuwały się one na
fabrycznym transporterze. Zilustrował ten proces mocno składając razem wnętrza dłoni, jakby matryca
modelowała ludzką istotę za każdym razem, gdy obydwie jej połówki łączyły się ze sobą.
Dodał jeszcze, że każdy gatunek ma swoją matrycę i każdy poszczególny osobnik uformowany w
tym procesie wykazuje cechy charakterystyczne dla danego gatunku.
Potem zaczął niezmiernie irytujące wywody na temat ludzkiej matrycy. Powiedział, że jest coś, co
łączy dawnych widzących z mistykami z naszego świata – mianowicie jednym i drugim udało się
zobaczyć ludzką matrycę, ale nie zrozumieli, co to takiego. Mistycy wszystkich stuleci przekazywali
nam poruszające relacje ze swych doświadczeń. Ale te relacje, choć piękne, skażone są wielkim,
rozpaczliwym błędem – wiarą, że ludzka matryca to wszechmocny, wszechwiedzący stwórca; taka też
była interpretacja dawnych widzących, którzy nazwali ludzką matrycę przyjaznym duchem, obrońcą
człowieka.
Jedynie nowi widzący mieli wystarczająco trzeźwe umysły, by zrozumieć, czym jest widziana przez
nich ludzka matryca. Uświadomili sobie, że matryca nie jest stwórcą, lecz wzorcem wszystkich
ludzkich cech, jakie tylko możemy sobie wyobrazić, a także takich, które są dla nas niepojęte. Matryca
jest naszym Bogiem dlatego, że jesteśmy tym, co na nas wycisnęła, a nie dlatego, by stworzyła nas z
nicości na swój obraz i podobieństwo. Don Juan rzekł, że jego zdaniem padanie na kolana w
obecności ludzkiej matrycy wynika z arogancji i ludzkiego egocentryzmu.
Te wyjaśnienia bardzo mnie zmartwiły. Choć nigdy nie uważałem się za praktykującego katolika,
bluźniercze słowa don Juana były dla mnie szokiem. Słuchałem go uprzejmie, jednak miałem ochotę
zmienić temat i niecierpliwie wyczekiwałem pauzy w tym steku herezji. On jednak bezlitośnie wbijał mi do głowy swój punkt widzenia. W końcu przerwałem mu mówiąc, że wierzę w istnienie Boga. Odparł,
że moje przekonanie opiera się na wierze i dlatego jest przekonaniem z drugiej ręki, które nic nie
znaczy; moja wiara w istnienie Boga, podobnie jak wiara każdego innego człowieka, opiera się na tym,
co zasłyszałem, a nie na akcie widzenia. Zapewnił, że nawet gdybym potrafił widzieć, to na pewno
popełniłbym podobny błąd w osądzie, jak mistycy. Każdy, kto widzi matrycę człowieka, automatycznie
zakłada, że jest to Bóg.
Nazwał doświadczenie mistyczne przypadkowym widzeniem, jednorazowym wydarzeniem, które
nie może mieć absolutnie żadnego znaczenia, gdyż jest rezultatem nieświadomego przesunięcia
punktu połączenia. Zapewnił, że jedynie nowi widzący potrafią ocenić tę kwestię właściwie, bo
wyeliminowali oni przypadkowe akty widzenia i potrafią zobaczyć matrycę człowieka zawsze, gdy tego
zapragną. Dlatego właśnie przekonali się, że to, co nazywamy Bogiem, to statyczny prototyp
człowieczeństwa, pozbawiony jakiejkolwiek mocy. Matryca ta w żadnych okolicznościach nie potrafi
nam pomóc, wstawić się za nami, ukarać nas za złe uczynki ani w żaden sposób nagrodzić. Jesteśmy
tylko produktem jej stempla; jesteśmy jego odciskiem. Matryca ludzka jest właśnie tym, co określa jej
nazwa, wzorcem, formą, stemplem zbijającym w całość wiązkę włóknistych elementów, które
nazywamy człowiekiem.
To, co don Juan powiedział, bardzo mnie wzburzyło. On jednak wydawał się nieporuszony moim
zamętem i nie przestawał mnie irytować mówiąc, że przez, jak to nazywał, niewybaczalną zbrodnię
przypadkowych widzących skupiamy cenną energię na czymś, co nie ma absolutnie żadnej mocy. Im
dłużej mówił, tym bardziej rosła moja irytacja. Gdy już byłem bardzo bliski krzyku, uderzył mnie w
prawy bok między kością biodrową a żebrami i przeniósł jeszcze głębiej w stan podwyższonej świadomości. To uderzenie wypchnęło mnie w promienne światło, przejrzyste źródło niezwykłego
spokoju i nieskalanego piękna. To światło było przystanią, oazą pośród otaczającej mnie czerni.
Z subiektywnego punktu widzenia widziałem to światło nieskończenie długo. Żadne słowa nie
mogą opisać wspaniałości tego widoku, a jednak nie miałem pojęcia, dla. czego wydawał mi się tak
piękny. Potem przyszło mi do głowy, że to piękno wyrasta z harmonii, z wrażenia spokoju i relaksu, z
poczucia, że dotarłem do miejsca swoje-go przeznaczenia i wreszcie jestem bezpieczny. Oddychałem
spokojnie i z ulgą. Co za niesamowite poczucie pełni! Wiedziałem bez cienia wątpliwości, że stoję
twarzą w twarz z Bogiem, źródłem wszystkiego. I wiedziałem, że ten Bóg mnie kocha. Bóg był
miłością i przebaczeniem. Kąpałem się w świetle i czułem się czysty, odrodzony. Ogarnął mnie
niepohamowany szloch, przede wszystkim z żalu nad sobą. Na widok tego promiennego światła
poczułem się zły i grzeszny.
Nagle usłyszałem w uchu głos don Juana. Rzekł, że muszę wyjść poza matrycę, bo jest ona tylko
etapem, przystankiem dającym chwilowy spokój i wytchnienie tym, którzy zapuszczają się w nieznane,
jest jednak sterylna i statyczna. Jest to jednocześnie płaskie odbicie w lustrze i samo lustro. A odbity
obraz przedstawia człowieka.
Poczułem niepohamowaną odrazę do tego, co mówił don Juan; buntowałem się przeciw jego
bluźnierczym słowom. Chciałem mu powiedzieć, żeby się odczepił, ale nie potrafiłem wyrwać się spod
uroku mojego widzenia. Zatopiłem się w nim bez reszty. Zdawało się, że don Juan bardzo dobrze wie,
jak się czuję i co chcę mu powiedzieć.
– Nie możesz powiedzieć nagualowi, żeby się odczepił – rzekł mi do ucha. – To nagual, jego
technika i moc, umożliwiły ci widzenie. Nagual jest przewodnikiem.
W tym momencie uświadomiłem sobie, że głos w moim uchu nie jest głosem don Juana, choć
bardzo go przypomina. Poza tym zrozumiałem, że ten głos ma rację. Sprawcą tego widzenia był
nagual Juan Matus. To dzięki jego technice i mocy mogłem zobaczyć Boga. On twierdził, że to nie jest
Bóg, lecz matryca człowieka; wiedziałem, że ma rację. Ale nie mogłem mu tego przyznać, nie z irytacji
czy z uporu, lecz dlatego, że odczuwałem bezgraniczną lojalność i miłość dla tej boskości, którą
widziałem przed sobą.
Gdy tak wpatrywałem się w to światło z całą żarliwością, na jaką było mnie stać, światło naraz
jakby zgęstniało i zobaczyłem człowieka – promiennego człowieka, z którego emanowała charyzma,
miłość, zrozumienie, szczerość, prawda. Człowieka, który był absolutną sumą wszystkiego, co dobre.
Nigdy jeszcze nie czułem podobnego uniesienia. Upadłem na kolana. Chciałem czcić uosobionego
Boga, ale w tym momencie don Juan uznał za stosowne zainterweniować i uderzył mnie w lewą górną
część klatki piersiowej, blisko obojczyka. Straciłem Boga z oczu.
Pozostało we mnie dręczące uczucie, mieszanina wyrzutów sumienia, uniesienia, pewności i wątpliwości. Don Juan naśmiewał się ze mnie. Twierdził, że jestem pobożny i lekkomyślny i że
znakomicie nadaję się na księdza; po tym doświadczeniu mógłbym nawet zostać duchowym
przywódcą, któremu przypadkiem udało się ujrzeć Boga. Kpił, że powinienem zacząć głosić słowo
Boże i opowiedzieć wszystkim, co widziałem.
Niby mimochodem, lecz z wyraźnym zainteresowaniem wypowiedział zdanie, które po części było
pytaniem, a po części stwierdzeniem.
– A ten człowiek? – zapytał. – Nie zapominaj, że Bóg to mężczyzna.
Poczułem przypływ niezwykłej jasności umysłu i wiedziałem, że za chwilę uświadomię sobie coś o
niezmiernym znaczeniu.
– Jakie to miłe, co? – uśmiechnął się don Juan. – Bóg jest mężczyzną. Co za ulga!
Gdy już zrelacjonowałem mu to wspomnienie, zapytałem go o coś, co naraz wydało mi się
uderzająco dziwne. Aby zobaczyć matrycę człowieka, musiałem przesunąć swój punkt połączenia.
Wspomnienie uczuć i myśli, które mnie wówczas nawiedzały, było niezwykle wyraźne a przez to
wszelkie moje wysiłki wydały mi się daremne. Wróciło do mnie wszystko, co wtedy robiłem i czułem.
Zapytałem don Juana, jak to możliwe, że chociaż rozumiałem wtedy wszystko z absolutną jasnością,
w pamięci nie pozostał żaden ślad. Poczułem, że nic, co mi się przydarzyło, nie ma znaczenia, bo
niezależnie od tego, jak daleko zaszedłem w przeszłości, zawsze muszę zaczynać od początku.
– To tylko reakcja emocjonalna – odrzekł. – Absolutny błąd w osądzie. To, co robiłeś przed wielu
laty, spoczywa solidnie zamknięte w pewnych nie używanych emanacjach. Na przykład tamtego dnia,
gdy doprowadziłem do tego, że zobaczyłeś ludzką matrycę, ja także popełniłem poważny błąd w osądzie. Myślałem, że skoro ją zobaczyłeś, to będziesz potrafił zrozumieć. Było to prawdziwe
niezrozumienie z mojej strony.
Don Juan powiedział, że zawsze sądził, iż potrzebuje wyjątkowo dużo czasu, by cokolwiek
zrozumieć. Nigdy nie miał okazji zweryfikować tego przekonania, bo brakowało mu punktu
odniesienia. Gdy ja się pojawiłem i został moim nauczycielem, co było dla niego zupełnie nowym
doświadczeniem, uświadomił sobie, że zrozumienia nie da się przyśpieszyć i że nie wystarczy tu
przesunięcie punktu połączenia. Wcześniej wydawało mu się, że to powinno załatwić całą sprawę.
Wkrótce jednak * doszedł do wniosku, że skoro punkt połączenia przesuwa się, gdy śnimy, czasami
nawet na bardzo odległe pozycje, to za każdym razem, gdy jesteśmy poddani celowemu przesunięciu,
potrafimy je sobie natychmiast kompensować. Wciąż na nowo chwytamy równowagę i zachowujemy
się, jak gdyby nigdy nic.
Don Juan zauważył, że przekonujemy się o wartości wniosków nowych widzących dopiero wtedy,
gdy próbujemy przesunąć punkt połączenia innej osoby. Nowi widzący twierdzili, że najważniejsze są
wysiłki prowadzące do wzmocnienia stabilności nowego położenia tego punktu. Uważali, że jest to
jedyna technika, którą warto omawiać. Wiedzieli też, że jest to długi proces, który należy
przeprowadzać stopniowo, w ślimaczym tempie.
Don Juan powiedział, że gdy w pierwszych latach mojego terminowania używał roślin mocy, robił to
zgodnie z zaleceniami nowych widzących. Z własnego doświadczenia i dzięki widzeniu wiedzieli oni,
że rośliny mocy wyrywają punkt połączenia z jego normalnej pozycji. Wpływ wywierany przez rośliny
mocy na punkt połączenia zasadniczo bardzo przypomina działanie snów. W obu tych przypadkach
punkt połączenia zostaje przesunięty, ale przesunięcie spowodowane roślinami mocy jest większe i
donioślejsze w skutkach. Nauczyciel wykorzystuje dezorientację wywołaną takim przesunięciem, by
wzbudzić w uczniu przekonanie, że percepcja świata nigdy nie jest ostateczna.
Przypomniałem sobie, że w ciągu wszystkich tych lat widziałem ludzką matrycę jeszcze
pięciokrotnie i stopniowo coraz bardziej na nią obojętniałem. Nigdy jednak nie udało mi się
zaakceptować faktu, że za każdym razem widziałem Boga jako mężczyznę. W końcu przestało to być
dla mnie Bogiem, a stało się matrycą człowieka, nie z powodu tego, co mówił don Juan, ale dlatego,
że męski Bóg był nie do przyjęcia. Wówczas zrozumiałem stwierdzenia don Juana. Absolutnie nie były
one bluźniercze, gdyż nie miały nic wspólnego z kontekstem zwykłego świata. Don Juan miał rację
mówiąc, że nowi widzący mają przewagę nad pozostałymi ludźmi, bo mogą zobaczyć ludzką matrycę, kiedy tylko zechcą. Ale dla mnie ważniejsze było to, że mieli oni dość trzeźwości umysłu, by przyjrzeć
się dokładnie temu, co widzieli.
Zapytałem go, dlaczego zawsze widziałem tę matrycę jako mężczyznę. Odrzekł, że mój punkt
połączenia by} wówczas zbyt mało stabilny, by pozostawać nieruchomo w nowym położeniu i
przesuwał się w bok, wchodząc w pasmo mężczyzny. Analogiczne zjawisko zachodziło, gdy widziałem
barierę percepcji w postaci ściany mgły. Przesunięcie punktu połączenia w bok spowodowane było
naturalnym pragnieniem czy też przymusem, by wyrazić niepojęte w kategoriach tego, co jest nam
najbliżej znajome; bariera to ściana, a ludzka matryca nie może być niczym innym, jak tylko
mężczyzną. Don Juan uważał, że gdybym był kobietą, widziałbym matrycę jako kobietę.
Wstał i powiedział, że czas na przechadzkę po mieście, bo powinienem zobaczyć ludzką matrycę
w otoczeniu ludzi. W milczeniu ruszyliśmy w stronę rynku, ale zanim tam dotarliśmy, poczułem
nieposkromiony przypływ energii i pobiegłem ulicą prowadzącą do przedmieścia. Dotarłem do mostu i
naraz zobaczyłem ludzką matrycę, jakby na mnie czekała. Było to promienne, ciepłe, bursztynowe
światło.
Upadłem na kolana. Nie była to z mojej strony pobożność, a raczej fizyczna reakcja na ten widok
budzący cześć i zachwyt. Byłem zadziwiony jeszcze bardziej niż zwykle. Wiedziałem, że bardzo się
zmieniłem od czasu, gdy zobaczyłem matrycę po raz pierwszy. W tym przekonaniu nie było nawet
cienia arogancji. Wszystko, co widziałem i czego się nauczyłem, pozwoliło mi tylko bardziej docenić
cud, który miałem przed oczami.
W pierwszej chwili matryca spoczywała na moście. Gdy powtórnie skupiłem na niej wzrok,
zauważyłem, że sięga nieskończenie daleko w górę i w dół; most był jedynie nędzną łupiną, malutkim
konturem nałożonym na obraz wieczności, podobnie jak drobne figurki ludzi dokoła mnie, którzy
patrzyli na mnie z nieskrywaną ciekawością. Znajdowałem się poza ich zasięgiem, choć w tym
momencie byłem niesłychanie podatny na wszelkie wpływy. Matryca człowieka nie miała mocy, by
mnie chronić czy zbawić, ale kochałem ją z bezgraniczną żarliwością.
Wydawało mi się, że zrozumiałem coś, co don Juan powtarzał mi wielokrotnie: że prawdziwe uczucie nie może być inwestycją. Chętnie pozostałbym sługą ludzkiej matrycy, nie za to, co mogła mi
dać, gdyż nie miała niczego do ofiarowania, lecz wiedziony czystym uczuciem.
Poczułem, że coś mnie odciąga od tej wizji. Zanim matryca zniknęła mi z oczu, wykrzyczałem
obietnicę, ale nie zdążyłem dokładnie jej sformułować, bo zabrała mnie stamtąd jakaś wielka siła.
Naraz okazało się, że klęczę na moście. Grupa wieśniaków przyglądała mi się ze śmiechem.
Don Juan podszedł do mnie, pomógł mi wstać i zaprowadził z powrotem do domu.
– Można widzieć ludzką matrycę na dwa sposoby – powiedział don Juan, gdy usiedliśmy. – Może
ona być człowiekiem albo światłem. To zależy, jak przesunie się punkt połączenia. Jeśli powędruje w
bok, widzimy matrycę w ludzkiej postaci; jeśli przesunięcie następuje wzdłuż środka ludzkiego pasma,
jest światłem. Jedyna wartość tego, czego dokonałeś dzisiaj, leży w tym, że twój punkt przesunięcia
wędrował wzdłuż środka pasma.
Powiedział, że od miejsca, z którego widzi się matrycę człowieka, jest już bardzo blisko do punktu,
w którym pojawia się śniące ciało i bariera percepcji. Dlatego właśnie nowi widzący zalecają, by
widzieć i zrozumieć ludzką matrycę.
– Czy jesteś pewien, że rozumiesz, czym naprawdę jest matryca człowieka? – uśmiechnął się don
Juan.
– Zapewniam cię, don Juanie, że bardzo dobrze wiem, czym ona jest – odrzekłem.
– Gdy dotarłem do mostu, zdążyłem usłyszeć, jak wykrzykujesz do niej jakieś głupstwa – rzekł ze
złośliwym uśmiechem.
Powiedziałem mu, że czułem się jak bezwartościowy sługa czczący bezwartościowego pana, a
jednak czyste uczucie poruszyło mnie do tego stopnia, że poprzysięgłem wieczną miłość.
Uznał to za niesłychanie zabawne. Krztusił się ze śmiechu.
– Obietnica bezwartościowego sługi złożona bezwartościowemu panu nie ma żadnej wartości –
rzekł i znów zakrztusił się ze śmiechu.
Nie miałem ochoty się bronić. Moje uczucie dla ludzkiej matrycy było zupełnie bezinteresowne. Nie
myślałem o żadnej rekompensacie i nie miało dla mnie znaczenia, że moja obietnica była
bezwartościowa.


fragment książki Carlosa Castanedy pt: 'Wewnętrzny ogień"


środa, 19 września 2012

Pinches tiranos


(…)

Poczucie własnej ważności jest naszym największym wrogiem.


(…)

to, że czujemy się obrażeni przez uczynki naszych bliźnich, osłabia nas.

Poczucie własnej ważności domaga się, byśmy spędzali większość życia obrażeni na kogoś.

(…)

wojownicy powinni dołożyć wszelkich wysiłków, by wymazać poczucie własnej ważności ze swego życia.

(…)

jeśli nie mamy poczucia własnej ważności, nie jesteśmy podatni na zranienie.

(…)


Nie można zwalczyć poczucia własnej ważności miłymi słówkami

(…) widzący, dawni i nowi, dzielą się na dwie kategorie. Do pierwszej należą ci, którzy
chętnie poddają się samoograniczeniom i potrafią skierować swe działania na pragmatyczne cele,
mające przynieść korzyść innym widzącym i ludziom w ogóle. Druga grupa składa się z tych, których
nie interesują samoograniczenia ani pragmatyzm działań. Wśród widzących panuje zgoda co do tego,
że ci drudzy nie zdołali poradzić sobie z problemem własnej ważności.

(…)

Poczucie własnej ważności nie jest prostym ani naiwnym problemem.

Z jednej strony jest ono esencją wszystkiego, co w nas dobre, a z drugiej – wszystkiego, co najgorsze.
Aby się pozbyć tego, co przegniłe, konieczna jest mistrzowska strategia. Widzący przez wieki nauczyli
się cenić niezwykle wysoko tych, którym to się udało.

(…)

Dla wojowników zwalczenie poczucia własnej ważności jest kwestią strategii, a nie zasad. (chodzi o nieskazitelność – przypis własny)).

(…)

Nieskazitelność to nic innego jak właściwe wykorzystanie energii.

Moje stwierdzenia nie mają nic wspólnego z moralnością. Oszczędzałem energię i dlatego jestem nieskazitelny.





(…)

Wojownicy sporządzają sobie strategiczne inwentarze.

– Spisują wszystko, co robią, a potem decydują, które z tych rzeczy można zmienić, by zmniejszyć ilość zużywanej energii. (…) strategiczny inwentarz zawiera wzorce zachowania, które nie są konieczne do naszego przetrwania i dobrego samopoczucia.




(…)

na strategicznej liście wojownika poczucie własnej ważności jest pozycją, która pochłania najwięcej energii, i dlatego wojownicy dokładają tylu starań, by je wykorzenić.
– Jedną z największych trosk wojownika jest uwolnienie tej energii, by móc ją wykorzystać do
stawienia czoła nieznanemu.

Zwrócenie tej energii w nowym kierunku to właśnie nieskazitelność.


(…) najbardziej efektywną strategię wypracowali widzący z czasów konkwisty,
niekwestionowani mistrzowie skradania się. Składa się ona z sześciu powiązanych ze sobą
elementów.



Atrybuty wojownika:

1. kontrola
2. dyscyplina
3. wytrwałość
4. wyczucie odpowiedniego czasu
5. wola


Dotyczą one świata wojownika, który wciąż zmaga się z poczuciem własnej ważności.

Szósty element ( najważniejszy), należy do świata zewnętrznego: jest to

6. mały tyran.

Mały tyran to prześladowca – ktoś, kto ma władzę nad życiem i śmiercią wojownika
albo po prostu irytuje go niezmiernie.

(…) wszystkie klasyfikacje nowych widzących zabarwione są odrobiną złośliwego humoru, humor jest bowiem jedyną metodą przeciwstawienia się odczuwanemu przez ludzką świadomość przymusowi sporządzania list i nużących klasyfikacji.

Nowi widzący, zgodnie ze swą praktyką, uznali za stosowne postawić na samym szczycie hierarchii pierwotne źródło energii, jedynego władcę kosmosu, i nazwali je po prostu tyranem.

Wszyscy inni despoci i postacie obdarzone władzą znajdują się, rzecz jasna, o wiele niżej w
klasyfikacji i nie zasługują na miano tyranów. W porównaniu ze źródłem wszechrzeczy nawet
najbardziej przerażający tyrani ludzcy są tylko klownami; dlatego też nazwano ich małymi tyranami,
pinches tiranos.

Istnieją dwie grupy małych tyranów. Pierwsza składa się z tych, którzy prześladują nas i ściągają na nas nieszczęścia, ale nie powodują niczyjej śmierci. Nazywa się ich drobnymi małymi tyranami, pinches tiranitos.

Druga grupa to ci, którzy tylko doprowadzają nas do rozpaczy i śmiertelnie irytują.
Tych nazywa się tyranami – płotkami, repinches tiranitos, albo kapryśnymi tyranikami, pinches
tiranitos chiguititos.



(…) drobni mali tyrani dzielą się dalej na cztery klasy.
Jedna stosuje przemoc i brutalność.
Następna wprowadza wielki niepokój przez obłudny, pokrętny sposób postępowania.
Trzecia męczy smutkiem.
A ostatnia wprawia wojowników we wściekłość.









(…) mały tyran pełni rolę górskiego szczytu.

Poszczególne atrybuty wojownika przypominają alpinistów, którzy spotykają się na
górze. Zwykle wykorzystuje się przy tym tylko cztery atrybuty.
Piąty, wola, zawsze zachowywany jest na ostateczną konfrontację, gdy wojownik staje przed plutonem egzekucyjnym, jeśli mogę się tak wyrazić.

(…) wola należy do innego obszaru, do sfery nieznanego. Pozostałe cztery atrybuty odnoszą się
do tego, co znane, czyli do obszaru, w którym działają mali tyrani. W gruncie rzeczy właśnie

obsesja manipulowania tym, co znane, sprawia, że ludzie stają się małymi tyranami.


(…) tylko widzący, którzy są jednocześnie nieskazitelnymi wojownikami i po mistrzowsku opanowali wolę, potrafią wykorzystywać wszystkie pięć atrybutów. Jednoczesne ich użycie jest mistrzowskim manewrem, którego nie da się wykonać na etapie zwykłych ludzkich działań.

– Cztery pierwsze atrybuty w zupełności wystarczą, by poradzić sobie nawet z najgorszym małym
Tyranem.

(…) mały tyran jest zewnętrznym elementem, który pozostaje poza naszą kontrolą i być może jest to właśnie najważniejszy element ze wszystkich.

(…) wojownik, który natrafi na małego tyrana, jest szczęściarzem.

(…) dobry los wprowadza małego tyrana na naszą ścieżkę, bo jeśli tak się nie stanie, to trzeba samemu jakiegoś poszukać.


(…) jednym z największych osiągnięć widzących z czasów konkwisty było odkrycie
schematu, który nazwał trójstopniową progresją. Dzięki zrozumieniu natury człowieka doszli oni do
niepodważalnego wniosku, że jeśli widzący nie ugnie się w konfrontacji z małym tyranem, to na pewno
uda mu się bezkarnie stanąć twarzą w twarz z nieznanym, a wówczas będzie potrafił znieść nawet
obecność niepoznawalnego.


Przeciętny człowiek będzie uważał, że kolejność tego zdania powinna zostać odwrócona. Widzący, który nie ustępuje przed nieznanym, z pewnością poradzi sobie także z małym tyranem. Ale tak nie jest. Właśnie to założenie zniszczyło niezwykłą wiedzę starożytnych widzących. Teraz już jesteśmy mądrzejsi. Wiemy, że nic nie utemperuje ducha wojownika lepiej niż konieczność zadawania się z niemożliwymi do zniesienia ludźmi obdarzonymi władzą. Tylko w takich warunkach wojownik potrafi wykształcić w sobie trzeźwość umysłu i spokój wewnętrzny, które pozwolą mu znieść napór nieznanego.



(…) wróćmy do tego, co mówiłem o czasach konkwisty. Widzący z tego okresu nie mogliby sobie wymarzyć lepszych warunków. Hiszpanie byli małymi tyranami, przy których widzący musieli wykorzystywać wszystkie swe umiejętności; po przejściach z konkwistadorami byli w stanie poradzić sobie absolutnie ze wszystkim. Mieli masę szczęścia. W tamtych czasach małych tyranów spotykało się co krok. Ale te wspaniałe lata obfitości minęły i wszystko się zmieniło. Mali tyrani już nigdy nie osiągnęli takiego znaczenia; tylko wówczas mieli nieograniczoną władzę.




Mały tyran, który ma nieograniczoną władzę, jest niezastąpionym elementem w szkoleniu mistrza widzenia.

Niestety, w naszych czasach większość widzących musi się bardzo starać, by znaleźć godnego tyrana. Większość z nich musi się zadowolić małą płotką.




* * *







– A czy ty znalazłeś małego tyrana, don Juanie?


– Miałem szczęście. To mnie odnalazł wielki mały tyran. Wtedy jednak czułem się tak jak ty teraz:
nie potrafiłem uważać się za szczęściarza.
Don Juan powiedział, że jego przejścia zaczęły się na kilka tygodni przed pierwszym spotkaniem z
dobroczyńcą. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia lat i dostał pracę jako robotnik w cukrowni. Zawsze był
bardzo silny, toteż nie miał kłopotu ze znalezieniem pracy fizycznej. Pewnego dnia, gdy przesuwał
ciężkie worki z cukrem, podeszła do niego jakaś kobieta po pięćdziesiątce. Była bardzo dobrze
ubrana, wyglądała na zamożną i odznaczała się dominującym sposobem bycia. Przyjrzała się don
Juanowi, powiedziała coś do brygadzisty i odeszła. Następnie brygadzista podszedł do don Juana i
zaproponował, że za pewną opłatą zarekomenduje go do pracy w domu właściciela cukrowni. Don
Juan jednak nie miał pieniędzy. Brygadzista z uśmiechem odrzekł, że to nie jest powód do
zmartwienia, bo będzie miał ich dużo w dniu wypłaty. Poklepał don Juana po plecach i zapewnił, że
praca dla szefa jest wielkim zaszczytem.
Don Juan był wtedy prostym, niewykształconym Indianinem, żył z dnia na dzień i nie tylko uwierzył
w każde słowo brygadzisty, ale wręcz uznał, że jest to cud zesłany przez dobrą wróżkę. Obiecał, że
zapłaci tyle, ile brygadzista zażąda, ten zaś wymienił dużą sumę, która miała być spłacona w ratach.
Zaraz potem sam zaprowadził don Juana do domu położonego dość daleko za miastem i zostawił
go tam z innym brygadzistą, wielkim, brzydkim i ponurym mężczyzną, który zadawał mnóstwo pytań.
Wypytywał o rodzinę don Juana, a gdy ten odpowiedział, że nie ma żadnej, mężczyzna uśmiechnął
się z zadowoleniem, pokazując zepsute zęby.
Obiecał, że don Juan dostanie dobrą pensję i będzie mógł nawet odłożyć trochę pieniędzy. Nie
będzie miał żadnych wydatków, ponieważ ma zapewniony nocleg i wyżywienie.
Śmiech tego człowieka był przerażający. Don Juan poczuł, że musi natychmiast uciekać. Rzucił się
pędem do bramy, ale mężczyzna zastąpił mu drogę. W ręku trzymał rewolwer. Pochylił się i wbił lufę w
brzuch don Juana.
– Jesteś tu po to, żeby zaharować się na śmierć – oznajmił. – I pamiętaj o tym.
Szturchając don Juana kijem, postawił go przed boczną ścianą domu i oznajmił, że jego ludzie
pracują codziennie od świtu do nocy bez żadnej przerwy. Następnie kazał mu wykopać dwa olbrzymie
karcze drzew. Dodał jeszcze, że gdyby don Juan próbował uciekać albo powiadomić władze, zastrzeli
go, a gdyby ucieczka jednak się powiodła, przysięgnie w sądzie, że don Juan próbował zamordować
szefa.
– Będziesz tu pracował do śmierci – powiedział. – A potem inny Indianin zajmie twoje miejsce,
podobnie jak ty sam zajmujesz miejsce zmarłego Indianina.
Don Juan opowiadał, że dom przypominał fortecę. Wszędzie pełno było uzbrojonych ludzi z
maczetami. Zajął się więc pracą i próbował nie myśleć o swoim losie. Pod wieczór mężczyzna wrócił i
kopniakami, bo nie podobał mu się wyzywający wyraz oczu don Juana, doprowadził go do kuchni.
Zagroził, że jeśli don Juan nie będzie mu posłuszny, podetnie mu ścięgna ramion.
W kuchni stara kobieta podała mu jedzenie. Don Juan był tak zdenerwowany i przestraszony, że
nie mógł jeść, ale kobieta poradziła, żeby jadł, ile tylko może. Musi być silny, powiedziała, bo jego
praca nie będzie miała końca. Przestrzegła go przed losem jego poprzednika, który zmarł zaledwie o
dzień wcześniej. Był zbyt słaby, by pracować, i wypadł z okna na pierwszym piętrze.
Don Juan pracował w domu szefa przez trzy tygodnie, a brygadzista przez cały ten czas znęcał się
nad nim, nie dając mu chwili wytchnienia. Zmuszał go do wykonywania wszystkich najcięższych i
najbardziej niebezpiecznych prac, grożąc nożem, pistoletem albo pałką. Codziennie wysyłał go do
czyszczenia stajni, w których stały zdenerwowane ogiery. Każdego ranka don Juan był przekonany,
że to już jego ostatni dzień na tym świecie. A przetrwanie oznaczało tylko tyle, że następnego dnia
znów będzie musiał przechodzić to samo piekło.
W końcu don Juan poprosił o wolne pod pretekstem, że musi pojechać do miasta, by zapłacić
brygadziście z cukrowni pieniądze, które był mu winien. Tutejszy brygadzista odrzekł jednak, że don
Juan nie może przerwać pracy nawet na chwilę, bo jest po uszy w długach już tylko dlatego, że praca
w tym domu jest przywilejem.
Don Juan uświadomił sobie, że znalazł się w beznadziejnym położeniu. Zrozumiał, o co w tym
wszystkim chodziło. Obydwaj brygadziści byli w zmowie. Zabierali prostych indiańskich robotników z
cukrowni, doprowadzali ich do śmierci pracą ponad siły i dzielili się ich zarobkami. Gdy to wszystko do
niego dotarło, wpadł w taką złość, że z krzykiem przebiegł przez kuchnię i wpadł do domu, wprawiając
w osłupienie brygadzistę i pozostałych robotników. Don Juan wybiegł z domu przez frontowe drzwi i
prawie udało mu się uciec, ale brygadzista dogonił go na drodze, postrzelił w pierś i zostawił rannego,
by tam umarł.
Śmierć jednak nie była przeznaczona don Juanowi; jego dobroczyńca znalazł go na drodze i
pielęgnował aż do wyzdrowienia.
– Gdy opowiedziałem całą historię dobroczyńcy – mówił don Juan – ten nie potrafił pohamować
podniecenia. Powiedział, że taki brygadzista to skarb, którego nie wolno zmarnować i że kiedyś będę
musiał wrócić do tego domu. Jego zdaniem miałem niesłychane szczęście, bo znalazłem jednego na
milion małego tyrana obdarzonego niemal nieograniczoną władzą. Uznałem, że staruszek zwariował.
Dopiero po latach zrozumiałem do końca, o co mu chodziło.
– To jedna z najokropniejszych historii, jakie kiedykolwiek słyszałem – stwierdziłem. – Czy
naprawdę wróciłeś do tego domu?
– Oczywiście, że tak, w trzy lata później. Mój dobroczyńca miał rację. Taki mały tyran zdarza się
raz na milion i nie mogłem stracić okazji.
– A jak ci się udało tam wrócić?

– Dobroczyńca opracował strategię wykorzystującą cztery atrybuty wojownika: kontrolę, dyscyplinę, wytrwałość i odpowiednie wyczucie czasu.


Dobroczyńca wyjaśnił don Juanowi, jak ma wykorzystać kontakt z tym człowiekiem-bestią.
Przy tej okazji zapoznał go także z czterema pierwszymi krokami na drodze wiedzy.

Pierwszy krok to decyzja o rozpoczęciu nauki.

Gdy już uczniowie zmienią swoją wizję siebie i świata, mogą uczynić

drugi krok - stać się wojownikiem,

to znaczy ludźmi zdolnymi do niezrównanej dyscypliny i samokontroli. Gdy wojownik posiądzie już wytrwałość i wyczucie odpowiedniego czasu, może uczynić

trzeci krok - stać się człowiekiem wiedzy.

Z kolei człowiek wiedzy, który nauczy się widzieć, czyni

Czwarty krok - stać się widzącym.

Dobroczyńca uznał, że don Juan znajduje się na ścieżce wiedzy już wystarczająco długo, by
opanować co najmniej dwa pierwsze atrybuty: kontrolę i dyscyplinę. (…) obydwa te atrybuty odnoszą się do stanu ducha.

Wojownik jest skupiony na sobie, nie w egoistyczny sposób, lecz przez to, że dogłębnie i nieustannie bada własne wnętrze.





– Wówczas nie mogłem jeszcze posiąść dwóch pozostałych atrybutów – ciągnął don Juan. –
Wytrwałość i wyczucie czasu nie są wyłącznie wewnętrznymi stanami. Są one domeną człowieka
wiedzy. Dobroczyńca zademonstrował mi je przez swoją strategię.
– Czy to znaczy, że sam nie potrafiłbyś stawić czoła małemu tyranowi? – zapytałem.
– Jestem pewien, że dałbym sobie radę, chociaż zawsze miałem wątpliwości, czy potrafiłbym to
uczynić z talentem i radością. Mojemu dobroczyńcy sterowanie sytuacją sprawiało radość.
Korzystanie z małego tyrana powinno nie tylko służyć udoskonaleniu ducha wojownika, ale też dawać
radość i szczęście.
– W jaki sposób potwór, jakiego opisałeś, mógłby stać się źródłem radości dla kogokolwiek?
– On nawet się nie umywał do prawdziwych potworów, które napotkali nowi widzący w czasie
konkwisty. Wszystko wskazuje na to, że kontakty z nimi sprawiały tym widzącym nieziemską radość.
Udowodnili oni, że

nawet najgorsi tyrani mogą stać się źródłem szczęścia, oczywiście pod warunkiem, że człowiek jest wojownikiem.

Don Juan wyjaśnił, że

błąd popełniany przez przeciętnych ludzi w konfrontacji z małymi tyranami polega na tym, iż nie mają oni strategii, na której mogliby się oprzeć;

śmiertelnym błędem jest to, że przeciętni ludzie traktują siebie zbyt poważnie; własne działania i uczucia, a także uczynki małych tyranów, wydają im się najważniejsze na świecie.

W przeciwieństwie do nich, wojownicy mają dobrze przemyślaną strategię i są wolni od poczucia własnej ważności. Zrozumieli już, iż rzeczywistość jest tylko naszą interpretacją, i to pomogło im ograniczyć poczucie własnej ważności.


Gdy don Juan uświadomił sobie, że

mali tyrani traktują siebie śmiertelnie poważnie, a wojownicy – nie,

był już pewien, że uda mu się pokonać brygadzistę. Zgodnie ze strategicznym planem dobroczyńcy postarał się o pracę w tej samej cukrowni co poprzednio. Nikt już nie pamiętał, że pracował tam w przeszłości; ubodzy wieśniacy przychodzili do cukrowni i znikali z niej bez śladu. Strategia zakładała, że don Juan okaże gorliwość do pracy, jeśli ktokolwiek pojawi się szukając następnej ofiary. Okazało się, że do cukrowni przyszła ta sama kobieta, co przed laty. Także i tym razem zwróciła uwagę na don Juana. Teraz był on jeszcze silniejszy fizycznie.

Wszystko odbyło się według tego samego schematu. Strategia wymagała jednak, by don Juan
odmówił brygadziście zapłaty za pośrednictwo. Mężczyzna, któremu nigdy nikt się nie przeciwstawił,
był zdumiony i zagroził, że zwolni don Juana z pracy. Don Juan odpowiedział mu groźbą. Rzekł, że
pójdzie prosto do domu tej kobiety i spotka się z nią. Wiedział, że kobieta, która była żoną właściciela
cukrowni, nie miała pojęcia o praktykach brygadzistów. Powiedział brygadziście, że wie, gdzie ona
mieszka, bo pracował na otaczających dom polach przy ścinaniu trzciny cukrowej. Mężczyzna zaczął
się targować. Don Juan zażądał od niego pieniędzy za zgodę na pracę w domu właścicielki.
Brygadzista poddał się i wręczył mu kilka banknotów. Don Juan doskonale zdawał sobie sprawę, że
zgoda brygadzisty była tylko wybiegiem, który miał go ściągnąć do domu.
– Tym razem także sam mnie tam zaprowadził – opowiadał don Juan. – Była to stara hacjenda.
Mieszkali w niej właściciele cukrowni – bogacze, którzy albo wiedzieli, co się dzieje pod ich dachem,
ale nic ich to nie obchodziło, albo byli zbyt zobojętniali, by cokolwiek zauważyć. Ledwie dotarliśmy na
miejsce, wbiegłem do domu, by poszukać właścicielki. Znalazłem ją, padłem na kolana i w podzięce
ucałowałem jej dłoń. Obydwaj brygadziści byli wściekli.
– Brygadzista w domostwie zachowywał się tak, jak poprzednio. Ale teraz już byłem odpowiednio
wyposażony, by sobie z nim poradzić; miałem kontrolę, dyscyplinę, wytrwałość i wyczucie właściwej chwili. Wszystko poszło zgodnie z planem dobroczyńcy.

Dzięki samokontroli potrafiłem spełnić nawet najbardziej idiotyczne żądania brygadzisty. W takich sytuacjach przede wszystkim wyczerpuje nas lekceważenie naszego poczucia własnej wartości.

Każdy człowiek, który ma w sobie choć odrobinę dumy, czuje się rozdarty wewnętrznie, gdy ktoś mu udowadnia jego bezwartościowość.


– Wykonywałem wszystkie polecenia z przyjemnością. Byłem radosny i silny. Nic mnie nie
obchodziła duma ani strach. Zachowywałem nieskazitelność wojownika.

Odpowiednie nastrojenie ducha, gdy ktoś po tobie depcze, to właśnie kontrola.

Don Juan wyjaśnił, że strategia dobroczyńcy wymagała, by zamiast użalać się nad sobą, jak czynił
to wcześniej, natychmiast wziął się do roboty i poznał wszystkie mocne punkty, słabości i dziwactwa
brygadzisty.

Okazało się, że największą jego siłą była gwałtowna natura i śmiałość. Postrzelił don Juana w biały
dzień, na oczach tłumu ludzi. Jego wielką słabością było to, że lubił swoją pracę i nie chciał narażać
się na ryzyko jej utraty. W żadnym wypadku nie poważyłby się zabić don Juana w biały dzień w
obrębie domostwa. Innym słabym punktem była jego rodzina. Miał żonę i dzieci, które mieszkały w
chacie w pobliżu hacjendy.

– Zbieranie takich informacji, gdy ktoś cię bije, to dyscyplina –


wyjaśnił don Juan. – Ten człowiek był prawdziwym wrogiem. Nie zasługiwał na miłosierdzie.
Według nowych widzących

idealny mały tyran nie ma żadnej cechy, która mogłaby odkupić jego winy.

Don Juan stwierdził, że strategia dobroczyńcy prowadziła do opanowania dwóch pozostałych cech
wojownika, których wcześniej nie posiadał: wytrwałości oraz wyczucia odpowiedniej chwili.

Wytrwałość polega na cierpliwym czekaniu bez pośpiechu i niepokoju – na prostym, radosnym wstrzymywaniu odwetu.

– Codziennie musiałem się płaszczyć – ciągnął don Juan – i czasami płakałem pod biczem
brygadzisty. A jednak byłem szczęśliwy. Strategia dobroczyńcy pomogła mi

żyć z dnia na dzień, nie czując nienawiści

do tego człowieka. Byłem wojownikiem.

Wiedziałem, że czekam, i wiedziałem, na co czekam. W tym właśnie leży wielka radość bycia wojownikiem.

Plan dobroczyńcy wymagał, by don Juan systematycznie dręczył swego prześladowcę uciekając
się pod opiekę wyższej instancji; podobnie widzący nowego cyklu w czasach konkwisty chronili się za
tarczą kościoła katolickiego. Czasami zwykły ksiądz był potężniejszy od magnata.
Tarczą don Juana była kobieta, która dała mu pracę. Za każdym razem, gdy ją widział, klękał przed
nią i nazywał ją świętą. Błagał, by dała mu medalik z wizerunkiem swojej patronki, do której mógłby się
modlić o jej zdrowie i pomyślność.

– Dostałem medalik – ciągnął – i to wprawiło brygadzistę we wściekłość. A gdy udało mi się
przekonać wszystkich służących do wieczornej modlitwy, niewiele brakowało, żeby dostał apopleksji.
Chyba właśnie wtedy postanowił mnie zabić. Nie mógł pozwolić mi dalej działać. Ja zaś
zorganizowałem wówczas wspólne odmawianie różańca przez wszystkich służących w domu.



Właścicielka uznała mnie za niezwykle pobożnego człowieka. Od tamtej pory nie spałem spokojnie ani
nie spędzałem nocy we własnym łóżku. Każdego wieczoru wchodziłem na dach. Dwukrotnie
zauważyłem stamtąd brygadzistę, który szukał mnie w środku nocy z morderczym wyrazem twarzy.
– Codziennie wysyłał mnie do stajni. Miał nadzieję, że ogiery stratują mnie na śmierć, ja jednak
oparłem o ścianę w kącie kilka ciężkich desek i chroniłem się za nimi. On o tym nie wiedział, bo od
zapachu koni dostawał torsji – była to jeszcze jedna z jego słabości, najbardziej zabójcza, jak się
miało okazać. Don Juan powiedział, że

wyczucie czasu steruje wyzwoleniem wszystkiego, co wcześniej było wstrzymywane.

Kontrola, dyscyplina i wytrwałość stanowią tamę, za którą wszystko się gromadzi, a
wyczucie odpowiedniej chwili jest śluzą w tej tamie.


Jedyną bronią brygadzisty była agresja, którą terroryzował robotników. Gdy zneutralizowało się
jego agresję, stawał się niemal zupełnie bezradny. Don Juan wiedział, że brygadzista nie odważy się
go zabić w obrębie domostwa, więc pewnego dnia obraził go w obecności innych robotników i w
zasięgu wzroku właścicielki. Nazwał brygadzistę tchórzem, który śmiertelnie obawia się żony swego
pana.
Plan dobroczyńcy wymagał, by don Juan poczekał na taką właśnie chwilę i wykorzystał ją do
odwrócenia sytuacji. Niespodziewane rzeczy zawsze zdarzają się w taki sposób. Najniższy z
niewolników zaczyna wykpiwać tyrana, ośmiesza go w obecności ważnych osób, szydzi z niego, a
potem ucieka, nie zostawiając tyranowi czasu na zemstę.
– Brygadzista oszalał z wściekłości, ale ja już pokornie klęczałem przed właścicielką. – opowiadał
don Juan.
Gdy kobieta weszła do domu, brygadzista i jego przyjaciele zawołali don Juana na tyły domu,
rzekomo do pracy. Brygadzista był blady z gniewu. Don Juan odczytał jego zamiary z tonu głosu. Udał
posłuszeństwo, ale zamiast pójść za dom, pobiegł do stajni. Miał nadzieję, ze konie narobią hałasu i
właściciele przyjdą sprawdzić, co się dzieje. Wiedział, ze brygadzista nie ośmieli się go zastrzelić, bo
wystrzał byłby zbyt głośny, a on za bardzo się bał utraty pracy. Don Juan wiedział też, ze brygadzista
nie wejdzie do pomieszczenia, w którym znajdują się konie, chyba, ze zostanie sprowokowany ponad
wszelką wytrzymałość.
– Wskoczyłem do zagrody najdzikszego ogiera, a mały tyran, oszalały z furii, wyciągnął nóź i rzucił
się za mną. Natychmiast schowałem się za swoją ochroną z desek. Koń kopnął go raz i było po
wszystkim.

– Spędziłem w tym domu sześć miesięcy i przez ten czas wyćwiczyłem się w czterech atrybutach wojownika. Dzięki nim odniosłem sukces. Ani razu nie użalałem się nad sobą i nie łkałem z bezsilności. Byłem radosny i spokojny. Miałem znakomitą samokontrolę i dyscyplinę i na własnej skórze przekonałem się, jaką przewagę daje nieskazitelnemu wojownikowi wytrwałość oraz wyczucie odpowiedniej chwili.

I ani przez moment nie życzyłem temu człowiekowi śmierci.

– Dobroczyńca powiedział mi coś bardzo interesującego.

Wytrwałość to wstrzymywanie siłą ducha zapłaty, o której wojownik wie, ze słusznie się komuś należy.

Nie znaczy to, ze wojownik przez cały czas knuje intrygi wymierzone w innych albo myśli o tym, jak wyrównać przeszłe rachunki. Wytrwałość jest zupełnie niezależną cechą.

Jeśli wojownik posiada kontrolę, dyscyplinę i wyczucie chwili, wytrwałość jest gwarancją, ze odda to, co należne, temu, kto na to zasłużył.







– Czy zdarza się, ze mali tyrani zwyciężają w konfrontacji z wojownikiem i niszczą go? –
zapytałem.
– Oczywiście.

Był taki okres, na początku konkwisty, gdy szeregi wojowników zostały
zdziesiątkowane. Ginęli jak muchy. Mali tyrani mogli skazać na śmierć kogo tylko chcieli, wyłącznie dla
kaprysu. Ta presja posłużyła znacznemu wyrafinowaniu sztuki widzących.

Don Juan powiedział, ze w tych czasach widzący, którzy przeżyli, musieli wytężyć całą swą moc,
by znaleźć nowe metody działania.

– Nowi widzący wykorzystali małych tyranów. – mówił don Juan, wpatrując się we mnie
nieruchomo. – nie tylko po to, by pozbyć się poczucia własnej ważności, ale też po to, by dokonać
niezmiernie wyrafinowanego manewru prowadzącego do zniknięcia z tego świata. Zrozumiesz to
później, gdy dowiesz się więcej o opanowaniu świadomości.

Powiedziałem, ze najbardziej interesuje mnie to, czy obecnie, w naszych czasach, mali tyrani,
jakich on nazywał drobnymi płotkami, mogą pokonać wojownika.

– Zawsze może się tak zdarzyć. – odrzekł. – Tylko ze nie pociąga to za sobą tak dramatycznych
konsekwencji jak kiedyś. Teraz wojownik zawsze może odzyskać siły albo wycofać się i wrócić
później. Ale jest jeszcze inny aspekt tego problemu.

Porażka z rąk drobnej płotki nie jest śmiertelna, lecz druzgocąca.

Symbolicznie jednak stopień śmiertelności jest tu równie wysoki. Chcę przez to powiedzieć, ze wojowników, którzy ugną się przed drobną płotką, niszczy ich własne poczucie porażki i bez wartościowości. Dla mnie jest to równoznaczne z wysoką śmiertelnością.

– A po czym poznaje się porażkę?

– Każdy, kto przyłączy się do małego tyrana, ponosi porażkę.

Działanie w gniewie, bez kontroli i dyscypliny, brak wytrwałości, to porażka.


– Co się dzieje z wojownikiem, który poniósł porażkę?

– Albo na nowo zbiera siły, albo rezygnuje z poszukiwania wiedzy i na resztę życia dołącza do
szeregów małych tyranów.



Carlos Castaneda 'Wewnętrzny ogień" [ fragmenty rodziału: Mali tyrani ]

poniedziałek, 17 września 2012

Natura

"Nie potrafię sobie wyobrazić - pisał Darwin - że miłościwy i wszechmogący Pan mógł w sposób celowy stworzyć gąsieniczki z wyraźnym przeznaczeniem ich do odżywiania się w ciałach żywych gąsienic’. W rzeczywistości stopniowa utrata wiary przez ojca ewolucjonizmu ( z czym zresztą ukrywał się ze względu na swą pobożną żonę Emmę) miała o wiele bardziej złożone przyczyny; sentencję o gąsieniczkach należy traktować metaforycznie. Makabryczne zwyczaje, do których w niej się odnosi, są udziałem spokrewnionych z gąsieniczkami os samotnych. Samica osy samotnej składa jaja w ciele gąsienicy, konika polnego lub pszczoły, aby rozwijająca się larwa mogła się nim żywić. (…)Zakrawa to na niewiarygodne okrucieństwo. Jak się jednak przekonamy natura nie jest okrutna, lecz tylko bezdusznie obojętna. To jedna z najtrudniejszych do zaakceptowania przez ludzi nauk wynikających z obserwacji przyrody.
    My, ludzie, nie potrafimy pogodzić się z myślą, że coś może nie być ani złe, ani dobre, ani okrutne, ani łaskawe, lecz zwyczajnie obojętne, bezduszne i bezcelowe. (…)Ludzie mają skłonność do utożsamiania tego, co pożyteczne lub dobre, z dobrem ogółu czy też pożytkiem dla danej grupy bądź społeczności. W świecie przyrody za dobre uznajemy to, co korzystne przyszłej pomyślności całego gatunku czy nawet ekosystemu. Funkcja użyteczności Stwórcy, ujawniająca się nam poprzez’ dziwne’ wybory procesu doboru naturalnego, okazuje się bezlitośnie przeczyć tym utopijnym wizjom. Dla porządku należy zaznaczyć, że istnieją przypadki, gdy geny we własnym, egoistycznym interesie, warunkują organizmy tak, że na poziomie poszczególnych osobników ( ale nie genów), są one zdolne do współpracy, a nawet poświęceń. Zawsze jednak dobro grupy stanowi uboczną konsekwencję realizacji naczelnej użyteczności. Stąd właśnie termin ‘ samolubny gen’.
    Wróćmy jednak do początku, gdy funkcją użyteczności, czyli tym, co ma być maksymalizowane, jest przetrwanie DNA. Dopóki DNA jest przekazywane kolejnym pokoleniom, nie ma znaczenia, co lub kto może ucierpieć w trakcie tego procesu. Dla genów osy samotnej korzystne jest, by gąsienica, w której składa jaja, pozostawała żywa, jako magazyn świeżego mięsa dla pożerającej ją osiej larwy; i nie ma tu znaczenia, kosztem jakich cierpień się to dobywa. Geny nie liczą się z cierpieniem, ponieważ nie liczą się z niczym.
    Gdyby Natura znała współczucie, wykazałaby chociaż minimum dobrej woli i zadbała, by nieszczęsna gąsienica została przynajmniej znieczulona, nim będzie zjadana od środka. Natura nie jest jednak ani bezduszna, ani współczująca. Nie znajduje upodobania w cierpieniu żywych stworzeń, ale też się nimi nie przejmuje. Natura w ten czy inny sposób może starać się oddziaływać na cierpienie wyłącznie w sytuacji, gdy ma ono wpływ na przetrwanie DNA. Nietrudno byłoby wymyślić gen znieczulający gazelę tuż przed rozszarpaniem na strzępy przez geparda. Czy jednak miałby on szanse rozprzestrzenić się w następnych pokoleniach gazel w procesie doboru naturalnego? Nie, chybże w jakiś sposób znieczulenie gazeli tuż przed śmiercią mogłoby zwiększyć jego szanse na przetrwanie w organizmach potomków zwierzęcia, a raczej trudno sobie coś takiego wyobrazić. Dlatego też mamy pełne podstawy przypuszczać, że gazele przed pożarciem nie są znieczulone i cierpią potwornie, zagryzane żywcem., a taki jest los większości z nich. Suma cierpień, jakich co dnia doznają wszystkie żywe stworzenia, jest wręcz niewyobrażalna. W ciągu minuty, jaką zajęło mi napisanie tego zdania, tysiące zwierząt zostało zjedzone żywcem, tysiące uciekło przed śmiertelnym niebezpieczeństwem, umierając ze strachu, tysiące powoli drążonych od środka przez pasożyty, a kolejne tysiące umierało w koszmarnych mękach z głodu, pragnienia lub choroby. Tak musi być. Gdyby kiedykolwiek nastał czas powszechnej szczęśliwości i obfitości, automatycznie nastąpiłby wzrost populacji wszystkich stworzeń, co przywróciłoby naturalny stan zagrożenia głodem i śmiercią.
    Teologowie roztrząsają ‘ problem zła na świecie’ i związany z nim ‘ problem cierpienia’. W dniu, kiedy zabrałem się do pisania tego fragmentu, wszystkie angielskie gazety donosiły o tragicznym wypadku: z niewiadomych powodów rozbił się autobus wiozący uczniów katolickiej szkoły i wszystkie dzieci zginęły na miejscu. Nie po raz pierwszy teiści rzucili się do wyjaśniania teologicznego problemu, który jedna z londyńskich gazet ( ‘ The Sudany  Telegraph’) ujęła następująco: ‘ Jak można wierzyć w miłującego, wszechmogącego Boga, który dopuszcza do takich tragedii?’. Dalej gazeta przytacza odpowiedź pewnego duchownego: ‘ Po prostu nie wiemy, dlaczego musi tak być, że jest Bóg, który dopuszcza, by działy się tak straszne rzeczy. Ta tragedia stanowi jednak dla chrześcijanina potwierdzenie faktu, że żyjemy w świecie realnych wartości, pozytywnych i negatywnych. Gdyby wszechświat był jedynie zbiorowiskiem elektronów, nie istniałby problem zła bądź cierpienia’.
    Spróbujmy teraz odwrócić to rozumowanie. Gdyby świat był wyłącznie zbiorowiskiem elektronów i samolubnych genów, bezsensowne tragedie, takie jak wypadek autobusu z dziećmi, byłyby właśnie tym, czym należałoby się spodziewać, podobnie jak równie ślepych trafów szczęścia. Taki świat nie byłby sam z siebie ani dobry ani zły. Nie ujawniałyby się żadne rządzące nim normy. We wszechświecie rządzonym przez ślepe prawa fizyki i zasadę genetycznej replikacji niektórym ludziom przydarzają się nieszczęścia, inni cieszą się zdrowiem i przychylnością losu, i nie sposób dopatrzyć się w tym jakiejś przemyślnej inwencji ani jakiejkolwiek sprawiedliwości. Swiat, który obserwujemy, ma dokładnie takie właściwości, jakich należałoby oczekiwać, gdy nie ma żadnego planu, celu, dobra ani zła, tylko ślepa i bezwzględna obojętność. Właśnie taki świat miał na myśli nieszczęsny poeta,
 A. E. Housman, gdy pisał:

Naturo, bezlitosna i bezwzględna,
 Co o niczym nie wiesz i o nic nie dbasz.

   DNA ani o niczym nie wie, ani o nic nie dba. DNA po prostu jest, a my tańczymy tak, jak nam zagra."











sobota, 15 września 2012

REGUŁA NAGUALA


                                                    



Moc, która rządzi przeznaczeniem wszystkich żyjących istot, nazywana jest Orłem, nie dlatego, by
była orłem czy miała z nim coś wspólnego, lecz dlatego, że dla oczu widzącego ma kształt
olbrzymiego, czarnego jak węgiel orła, stoi wyprostowana jak orzeł i sięga w górę nieskończenie
wysoko.

Gdy widzący wpatruje się w czerń, którą jest Orzeł, jego postać odkrywają cztery rozbłyski ognia.
Pierwszy, podobny do błyskawicy, pozwala obserwatorowi dostrzec kontury Orła, który ma na ciele
plamy bieli, przypominające orle pióra, i szpony. Drugi rozbłysk ukazuje podobną do orlich skrzydeł
czerń – łopocząc, stwarza ona wiatr. Przy trzeciej błyskawicy obserwator widzi przenikliwe, nieludzkie
oko.A czwarty i ostatni rozbłysk odkrywa przed nim poczynania Orła. 

Orzeł pożera świadomość wszystkich żyjących na ziemi istot, które w chwili śmierci lecą w stronę
jego dzioba jak nie kończące się stado świetlików, by spotkać się ze swym właścicielem, przyczyną,
która dała im życie. Orzeł rozplątuje te malutkie ogniki, rozkłada je przed sobą tak, jak garbarz
rozciąga wyprawianą skórę, a potem je pochłania, gdyż świadomość jest jego pożywieniem.
Orzeł, moc rządząca przeznaczeniem wszelkich żyjących istot, jednakowo i jednocześnie je
wszystkie odzwierciedla. Dlatego ludzkie modlitwy do Orła, prośby o względy i nadzieja na łaskę nie
mają żadnego sensu. Ludzka część Orła jest zbyt mała, by mogła poruszyć całość.

Jedynie według czynów Orła obserwator może określić jego intencje. Choć Orła nie porusza
sytuacja żadnej żywej istoty, każdej z nich przyznał jakiś dar. Każda z nich, jeśli zechce, ma prawo na
własny sposób zachować płomień świadomości, każda ma moc, by nie usłuchać wezwania do śmierci
i nie dać się pochłonąć. Każda żywa istota, jeśli tego zapragnie, może poszukać szczeliny
prowadzącej do wolności i prześliznąć się przez nią. Dla obserwatora, który widzi tę szczelinę, a także
dla istot, które przez nią przechodzą, jest oczywiste, że Orzeł przyznał ten dar po to, by świadomość
przetrwała.

By doprowadzić żywe istoty do tej szczeliny, Orzeł stworzył Naguala. Nagual jest podwójną istotą,
której została ujawniona reguła. Czy przybierze on postać człowieka, zwierzęcia, rośliny czy
jakiejkolwiek innej żywej istoty, dzięki swojej podwójności Nagual czuje nieodpartą potrzebę szukania
tego ukrytego przejścia.

Nagual występuje w parach: mężczyzna z kobietą. Podwójny mężczyzna i podwójna kobieta stają
się Nagualem dopiero wtedy, gdy każde z nich pozna regułę, zrozumieją i w pełni zaakceptuje.
W oczach tego, który widzi, mężczyzna Nagual i kobieta Nagual wyglądają jak świetliste jajo z
czterema przedziałami. W odróżnieniu od zwykłego człowieka, który ma tylko dwa przedziały, lewy i
prawy, Nagual ma lewą stronę podzieloną na dwie długie części. Podobnie na dwoje podzieloną ma
prawą stronę.

Orzeł stworzył pierwszego mężczyznę Naguala i kobietę Naguala jako widzących i natychmiast
umieścił ich na świecie, by widzieli. Dał im cztery kobiety wojowników, które były zwiadowcami, trzech
mężczyzn wojowników i jednego mężczyznę kuriera, by się nimi opiekowali, wzmacniali i doprowadzali
ich do wolności.

Kobiety wojownicy to cztery strony świata, cztery rogi kwadratu, cztery nastroje, cztery wiatry,
cztery typy kobiecych osobowości, jakie można spotkać wśród gatunku ludzkiego.
Pierwsza to wschód. Nazywana jest porządkiem. Jest optymistyczna, pogodna, gładka, wytrwała
jak stały wietrzyk. Druga to północ. Nazywana jest siłą. Jest pomysłowa, śmiała, bezpośrednia, nieustępliwa jak silny
wiatr. Trzecia to zachód. Nazywana jest uczuciem. Jest zamknięta w sobie, pełna skruchy, zręczna,
przebiegła, jak zimny poryw wiatru. Czwarta to południe. Nazywana jest wzrostem. Jest opiekuńcza, głośna, nieśmiała, ciepła, jak  gorący wiatr. Trzej mężczyźni wojownicy oraz kurier reprezentują cztery typy męskiej aktywności i
temperamentu.

Pierwszy typ to człowiek, który dużo wie, uczony, szlachetny, odpowiedzialny, spokojnego
usposobienia, bezgranicznie oddany wypełnieniu swego zadania, jakiekolwiek ono jest.
Drugi to człowiek czynu, bardzo wesoły, znakomity kompan, niestały i zmienny w nastrojach.
Trzeci typ to organizator, który pociąga za sznurki zza kulis, tajemniczy i nieprzenikniony. Nic nie
można o nim powiedzieć, bo on sam nie pozwala, by jakiekolwiek wiadomości o nim przeniknęły na
zewnątrz.

Kurier to czwarty typ. Jest to pomocnik, uparty, pochmurny człowiek, który radzi sobie bardzo
dobrze, jeśli odpowiednio się nim pokieruje, ale nie potrafi działać na własną rękę.
Dla ułatwienia Orzeł pokazał mężczyźnie Nagualowi i kobiecie Nagualowi, że każdy z tych męskich
i żeńskich typów występujących na świecie odznacza się specyficznymi cechami świetlistego ciała.
Uczony ma coś w rodzaju płytkiego wgłębienia, jasnego wklęśnięcia w miejscu, gdzie znajduje się
splot słoneczny. U niektórych mężczyzn wygląda ono jak obszar intensywnej jasności, czasami jest
gładkie i lśniące jak lustro, które nie odbija obrazu.

Człowiek czynu wyróżnia się emanacją włókien z obszaru woli. Liczba włókien waha się od
jednego do pięciu, a ich wielkość – od cienkiej nici do grubej, przypominającej bicz wypustki, która
może osiągać nawet osiem stóp długości. U niektórych ludzi nawet trzy włókna mogą się rozwinąć w
wypustki.

Człowieka zza kulis można rozpoznać nie przez jakąś szczególną cechę, ale przez to, że zupełnie
mimowolnie wytwarza on eksplozje mocy, które skutecznie blokują uwagę widzącego. W obecności
tego typu mężczyzny widzący nie widzi wyraźnie, gdyż zbyt absorbują go nieistotne szczegóły
Pomocnik nie odznacza się żadną wyraźną konfiguracją. Widzący postrzega go jako jasną,
jednolitą otoczkę świetlistości.

W królestwie kobiet wschód rozpoznaje się po niemal Niedostrzegalnych plamach na świetlistej
powierzchni, sprawiających wrażenie niewielkich odbarwień.
Północ promieniuje całą powierzchnią – emituje poblask czerwonawy jak żar.
Kobieta zachodu spowita jest rozrzedzoną otoczką, przez co wydaje się ciemniejsza od
pozostałych.

Południe charakteryzuje się przerywanym blaskiem: przez chwilę lśni intensywnie, potem przygasa
i znów się rozjaśnia. W świetlistych ciałach kobiety Naguala i mężczyzny Naguala występują dwa rodzaje ruchu. Ich
prawa strona faluje, a lewa wiruje. Jeśli chodzi o osobowość, mężczyzna Nagual jest wspierający, stały, niezmienny. Kobieta Nagual jest wojownicza, a zarazem rozluźniona, zawsze czujna, lecz bez napięcia. Obydwoje odzwierciedlają
jednocześnie wszystkie cztery typy i cztery sposoby zachowania swojej płci.

W pierwszej kolejności Orzeł nakazał mężczyźnie Nagualowi i kobiecie Nagualowi znaleźć
następne cztery kobiety wojowników reprezentujące cztery strony świata – doskonałe odbicia
pierwszej grupy, które jednak nie byłyby zwiadowcami, lecz śniącymi.
Dla widzącego śniący wyglądają, jakby na brzuchu mieli fartuszek włókien. Zwiadowcy także mają
podobne fartuszki, ale składają się one nie z włókien, lecz z wielkiej liczby małych okrągłych guzków.
Osiem kobiet wojowników dzieli się na dwa szeregi, nazywane prawą i lewą planetą. Prawa
planeta składa się z czterech zwiadowców, a lewa z czterech śniących. Orzeł przekazał wojownikom
każdej planety regułę dotyczącą właściwych im zadań: zwiadowców nauczył skradania się, a śniące –
śnienia.

Kobiety wojownicy mieszkają parami, po dwie reprezentujące ten sam kierunek. Są do siebie tak
podobne, że wyglądają jak swoje lustrzane odbicia, i jedynie dzięki nieskazitelności potrafią odnaleźć
wsparcie i wyzwanie w swojej odpowiedniczce.
Cztery kobiety zwiadowcy lub cztery śniące spotykają się jedynie wtedy, gdy mają do wypełnienia
jakieś trudne zadanie, ale dłonie wolno im połączyć tylko w szczególnych okolicznościach, gdyż dotyk
stapia je w jedną istotę i należy go używać jedynie w nagłej potrzebie albo w chwili opuszczenia tego
świata.

Każda para kobiet wojowników reprezentujących ten sam kierunek związana jest z jednym
mężczyzną, w dowolnej kombinacji – zależnie od potrzeby. W ten sposób tworzą oni grupę czterech
domostw, w których może mieszkać tylu wojowników, ilu trzeba.

Wojownicy mężczyźni oraz kurier także mogą tworzyć oddzielną grupę złożoną z czterech
mężczyzn albo każdy z nich może funkcjonować samodzielnie, zależnie od potrzeby.
W następnej kolejności Nagualowi i jego grupie polecono znaleźć jeszcze trzech kurierów. Mogli to
być mężczyźni, kobiety albo grupa mieszana, z tym że mężczyźni musieli reprezentować czwarty
męski typ – pomocnika, a kobiety musiały być południem.

Chcąc się upewnić, że pierwszy mężczyzna Nagual doprowadzi swoją grupę do wolności i nie
zboczy z drogi ani się nie zdegeneruje, Orzeł zabrał kobietę Naguala do innego świata, by służyła jako
przynęta prowadząca grupę do szczeliny.

Potem Nagualowi i jego wojownikom kazano zapomnieć. Wrzuceni w mrok, otrzymali nowe
zadanie – musieli odzyskać pamięć siebie samych i Orła.

Nakaz zapomnienia był tak silny, że zupełnie ich od siebie oddzielił. Żadne z nich nie pamiętało,
kim jest. Orzeł uznał, że jeśli uda im się odzyskać pamięć, odnajdą własną pełnię i dopiero wtedy będą
mieć wystarczająco wiele siły i wytrwałości, by móc podążać za celem swej ostatecznej podróży i
stawić jej czoło.

Ich ostatnie zadanie po odzyskaniu pełni własnej istoty polegało na tym, że mieli znaleźć nową
parę podwójnych istot i przez ujawnienie im reguły przetransformować ich w nowego mężczyznę
Naguala i kobietę Naguala. Podobnie jak pierwszy mężczyzna Nagual i kobieta Nagual, otrzymali tylko
niewielką grupę wojowników. Dla tej nowej pary także należało znaleźć cztery kobiety zwiadowców,
trzech mężczyzn wojowników i jednego mężczyznę kuriera.

Gdy pierwszy Nagual i jego grupa byli gotowi do przejścia przez szczelinę, czekała tam pierwsza
kobieta Nagual, by ich przeprowadzić na drugą stronę. Polecono im zabrać ze sobą do innego świata
nową kobietę Naguala, by służyła za przynętę dla swoich ludzi, zaś nowy mężczyzna Nagual został na
tym świecie, by powtórzyć cykl.

W czasie pobytu na tym świecie minimalna liczba osób pozostających pod przywództwem Naguala
wynosi szesnaście: osiem kobiet wojowników, czterech mężczyzn wojowników, wliczając w to
Naguala, i czterech kurierów. W chwili odejścia z tego świata, gdy jest z nimi nowa kobieta Nagual,
grupa liczy siedemnaście osób. Jeśli osobista moc Naguala pozwala mu zabrać ze sobą więcej
wojowników, grupa może zostać powiększona o liczbę osób będącą wielokrotnością czterech.
Zapytałem don Juana, jak doszło do tego, że ludzie poznali regułę. Wyjaśnił, że reguła jest
nieskończona i obejmuje każdy aspekt zachowania wojownika. Gromadzenie treści reguły i jej
interpretacja jest dziełem widzących, których jedynym przez wiele wieków zadaniem było widzenie
Orła i obserwacja jego nieustannego przepływu. W wyniku tej obserwacji widzący stwierdzili, że gdy
świetlista osłonka ludzkiej istoty zostanie skruszona, można dostrzec w Orle słabe odbicie człowieka.
Widzący uzyskują wówczas wgląd w nieodwołalne wyroki Orła, mogą je odpowiednio zinterpretować i
zgromadzić w postaci strzegącego ciała.

Don Juan wyjaśnił, że reguła nie jest legendą, a zdobycie wolności nie oznacza życia wiecznego –
w powszechnym rozumieniu tego pojęcia, czyli życia już na zawsze. Reguła głosi, że człowiek może
zachować świadomość, która normalnie opuszcza go w chwili śmierci. Don Juan nie potrafił wyjaśnić,
co konkretnie oznacza zachowanie świadomości, albo może sam tego nie pojmował. Jego
dobroczyńca powiedział mu, że w chwili przejścia człowiek wchodzi w stan trzeciej uwagi i całe jego
ciało napełnia się wiedzą. W jednej chwili każda komórka zyskuje świadomość siebie, a także całego
ciała.

Dobroczyńca powiedział mu także, że tego rodzaju świadomość pozostaje absolutnie poza
zasięgiem naszych podzielonych na przegródki umysłów. Dlatego też głównym celem wysiłków
wojownika nie jest uświadomienie sobie, że przejście na drugą stronę, o którym mówi reguła, jest
przejściem do stanu trzeciej uwagi, ale raczej zrozumienie, że taka świadomość w ogóle może istnieć.



(...) - W śmierci nie ma nic wspaniałego ani spokojnego - powiedział. - Bo w chwili śmierci zaczyna się prawdziwa groza. Za sprawą tej niezmierzonej siły (...) Orzeł wyciśnie z ciebie każdą najmniejszą iskrę świadomości. 









FRAGMENT KSIĄŻKI 'DAR ORŁA' CARLOSA CASTANEDY