poniedziałek, 12 września 2011

Antoine de Saint Exupery "Citadelle"

"...Panie, mówiłem, tam na gałęzi drzewa siedzi kruk. Rozumiem, że Twój majestat nie może się zniżać do mówiącego. Lecz ja potrzebuję znaku. Gdy skończę moją modlitwę, spraw, aby ten kruk odleciał. To będzie jakby skinienie w moją stronę na znak, że nie jestem zupełnie sam na świecie...
I patrzyłem na ptaka. Ale on siedział nieruchomo na gałęzi. Wtedy znowu zwróciłem się do kamienia.
Panie, mówiłem, masz słuszność. Twój majestat nie może się zniżać do moich żądań. Gdyby kruk odleciał, byłbym jeszcze smutniejszy. Bo taki znak byłby znakiem danym mi przez kogoś równego - a więc znowu przeze mnie samego, znowu byłby odbiciem moich pragnień. I ciągle tkwiłbym w swojej samotności.
I oddawszy cześć wróciłem.
Lecz wtedy właśnie moja rozpacz ustąpiła miejsca nieoczekiwanej radości..."


Fot. Imre Kinszki





JAN DOBRACZYŃSKI "LISTY NIKODEMA"

List VI

Drogi Justusie!
Chciałeś, abym ci w krótkich słowach opisał, w czym się zawiera nauka Galilejczyka. Nie wiem, czy potrafię to zrobić. Zadanie nie jest łatwe. Gdybyś mnie zapytał, czego chce Nauczyciel z Nazaretu, mógłbym ci odpowiedzieć jednym słowem: wszystkiego. Bo to jest prawda: On chce od swych słuchaczy wszystkiego, zupełnie wszystkiego. Pewno podnosisz w tej chwili brwi i dajesz mi tym do zrozumienia, że nie pojmujesz moich słów. Zgadzam się z tobą. Ale widzisz - i Jego niełatwo jest pojąć. Prawda, którą głosi, jest w szczegółach tak prosta, że dziecko ją zrozumie. W całości zdaje się przerastać ludzki rozum. On mówi łatwo i przejrzyście, jakby prowadził po równej drodze. Ale nagle ta droga urywa się, człowiekowi zdaje się, że leci w przepaść. I wtedy On mówi: "Podaj mi rękę, oprzyj się na mnie, zawierz... I leć!" Niedawno przyszli do Niego jacyś uczniowie Jana, którzy błąkają się tutaj niby owce bez pasterza i jeśli nie przystali do Jezusa, mówią przeciwko Niemu, jakby byli zazdrośni, że On chodzi na wolności, gdy ich mistrz wciąż tkwi zamknięty w "czarnej twierdzy". Zapytali Go: "Dlaczego Twoi uczniowie nie poszczą?" Odpowiedział: "Nie czas pościć, gdy pan młody jest na weselu. Ale przyjdą dni, kiedy on odejdzie - i wtedy będą płakać i smucić się. Nikt nie wstawia łaty z nowego sukna w starą simlah, ani nie wlewa młodego wina w stare bukłaki..." Pozornie słowa bez związku. Ale wmyśl się w nie, a zrozumiesz może, co ja z nich zrozumiałem: Nauka, którą On przyniósł, nie może być łatą na starym. Ona niczego nie uzupełnia, niczemu nie służy. Jest sama w sobie całością - jest właśnie wszystkim. Kto chce ją przyjąć, musi wyrzucić płaszcz i pozbyć się starych bukłaków. Musi zdobyć się na nowy płaszcz i na nowe worki.
Lecz chciałeś wiedzieć, w czym się ona zawiera... Spróbuję ci powiedzieć. Przed dwoma dniami szedł otoczony nieprzeliczonym tłumem. Dzień był pogodny jak wszystkie teraz. Po niebie sunął jeden jedyny zabłąkany obłok niby wielki kłak puchu. Szmaragdowe jezioro leżało w dole, mieniące się, pełne życia. Za nim, gdzieś na zszarzałym horyzoncie, nakreślone kilku białymi kreskami w powietrzu, jakby oderwane od swej podstawy, widniały szczyty Antylibanu. Ciżba szła szumiąc niby górski potok. Nagle wszyscy stanęli. Wzgórze obrywało się w tym miejscu stromą ścianą obnażonej skały. Nazarejczyk szybko wspiął się w górę trawiastym skrajem i za chwilę mieliśmy Go nad sobą - białą sylwetkę o przeszytych blaskiem włosach na tle błękitnego nieba. Tłum, który Go zna, domyślił się od razu, że będzie mówił, więc zaczęto siadać pod urwiskiem i na zboczu. Trawa, skały, kamienie, wszystko znikło nakryte masą ludzką. On zaś stał w górze i spokojnie czekał, aż się ludzie uspokoją. Potem podniósł głowę w niebo i zdawał się przez chwilę coś mówić cicho, niedosłyszalnie. Jak On często się modli! Aż dziwne... Krótko, lecz często. Trudno to nazwać modlitwą: rzuca po prostu parę słów w niebo i natychmiast jest już z powrotem na ziemi. Wtedy także: wstrząsnął głową, rozłożył ręce, spojrzał po ludziach.
Zwykle zaczyna od haggady. Mówi jakąś opowieść: był król, był gospodarz, był ojciec... Ludzie wsłuchują się w opowiadaną historię i niedostrzegalnie wkrada się im w serce ukryta zręcznie prawda. Ale tym razem zaczął inaczej. Rzekł:
- Błogosławieństwo Najwyższego jest z tymi, którzy są prości, wierzący, ufający i ubodzy duchem. Oni otrzymają Królestwo Niebieskie...
Powiedział to z taką powagą, że wydał mi się jak drugi Mojżesz zstępujący ze szczytu Synaj i ogłaszający otrzymane przykazania. To były także niby punkty cesarskiego reskryptu, w których wylicza się ludzi dopuszczonych do łaski władcy. Mówił:
- Błogosławieństwo Najwyższego z cichymi i pokornymi. Oni zdobędą ziemię. Błogosławieństwo Najwyższego z ubogimi, płaczącymi i głodnymi, z chorymi i więźniami. Ich cierpienia skończą się i zamienią w radość. Błogosławieństwo Najwyższego ze skrzywdzonymi i z tymi, którym odmówiono sprawiedliwości. Będzie im dana sprawiedliwość Pańska...
Nastawiłem uszu. "Teraz - pomyślałem - dowiem się wszystkiego." Nauczyciel mówił jasno, jakby czytał kodeks praw. Lecz przepisy, które wypowiadał, brzmiały dziwnie: nie mówiły nic o winie i o karze. Mówiły tylko o cnocie i o nagrodzie. A nawet o dwóch nagrodach. Bo czy to nie dziwnie brzmi: "Błogosławieństwo Najwyższego ze skrzywdzonymi..."? Więc ten, kogo spotyka krzywda, jest już błogosławiony? A oprócz tego, jakby na domiar, otrzyma sprawiedliwość. Można pomyśleć, że nie ma w życiu większej korzyści, jak zostać skrzywdzonym! Albo ci płaczący! Kto wie, dlaczego człowiek płacze? Może dlatego, że spotkała go zasłużona kara. Ale On ludzi płaczących nie dzieli. Według Niego każdy, który płacze, już otrzymał błogosławieństwo, a jego płacz zmieni się w radość. Czy nie wydaje ci się to zbyt wielkim uproszczeniem zawikłanych spraw życia? Posłuchaj jednak, co mówił dalej:
- Błogosławieństwo Najwyższego z miłosiernymi. Oni także miłosierdzia zaznają... Błogosławieństwo Najwyższego z tymi, których serca nie trapi niepokój pożądania. Oni zobaczą wielkiego Sabaoth. Błogosławieństwo Najwyższego z czyniącymi pokój, oddającymi dobrem za zło, chlebem za kamień. Nazywać się oni będą synami Szekinah...
Teraz byłem już pewien, że ogłasza niby drugi dekalog - podstawy swojej nauki. Niewątpliwie piękny zbiór. Ale ileż w nim po prostu naiwności! Cóż warte jest wołanie, że błogosławieństwo Pańskie jest z miłosiernymi i uczciwymi, jeżeli nie ogłasza się jednocześnie żadnych kar przeciwko ludziom samolubnym i złodziejom?! Bądźmy rozsądni: świat jest pełen zła. Obok małej grupy ludzi, którzy wybrali drogę służenia Odwiecznemu, są tysiące amhaareców łamiących codziennie przykazania i przepisy, a za nimi nieprzeliczony tłum nieczystych pogan i bałwochwalców. Piękna nauka powinna być strzeżona jak kosztowny kamień. Ten, kto ją wyznaje, powinien znaleźć się pod opieką prawa. Mojżesz mówił: "Kto pracuje w dzień szabatu - niech umrze; kto czaruje - tego zabijcie; kto składa ofiary bogom - ten ma zginąć; czyj wół pobódł niewolnika, ten ma zapłacić jego właścicielowi trzydzieści syklów w srebrze, wół zaś będzie ukamienowany..." U Niego dobrzy są rzuceni na głęboką wodę. Mają błogosławieństwo - i to ma im wystarczyć! Ale czy ono uchroni ich przed złem? Bo, zauważ, On w jednym szeregu stawia chorych i nieszczęśliwych. "Błogosławieństwo Najwyższego z płaczącymi..." Cóż za dziwaczny pogląd! Rozumiem, że można łzami odpokutować za swą winę i zyskać błogosławieństwo. Ale kto dostał błogosławieństwo, ten już nie powinien płakać. Cóż by było warte błogosławieństwo, gdyby po nim przychodziły łzy? Do Boga przychodzi się po dobro, tak jak ja przyszedłem do Galilejczyka po zdrowie dla Rut. Co byłby wart lekarz, który by sprawił, że choroba stałaby się jeszcze cięższa? On cnoty i nieszczęścia zdaje się traktować jak coś równego sobie. "Błogosławieństwo Najwyższego - powiada - dla żebraków, więźniów, kalek, chorych..." Jedno jest tylko błogosławieństwo dla chorego - zdrowie! Jeśli ktoś nie ma zdrowia, nie otrzymał błogosławieństwa!... Zapędziłem się! Ale to nie takie proste. Dlaczegóż ja nie mogę dla mojej Rut otrzymać błogosławieństwa? Jestem człowiekim, który ofiarował wszystko Przedwiecznemu. Jeśli nie ma błogosławieństwa dla mnie - któż je otrzyma? Ktoś - tylko dlatego, że jest żebrakiem? Ale ja daję jałmużny, płacę dziesięciny, nie szczędzę ofiar. I Hiob nie dał więcej! "Błogosławieństwo Najwyższego z tymi, którzy płaczą..." A czy ty myślisz, Justusie, że ja nie płaczę? Jak dziecko, jak małe dziecko, ze ściśniętym gardłem, przez które rwie się szloch. I ja mam nie mieć prawa do sprawiedliwości? A Rut do zdrowia? Za całe moje życie taka choroba! Gdyby to, co On mówi, było prawdą, już miałbym błogosławieństwo. Sto błogosławieństw! A wtedy choroba byłaby odeszła. Ona jednak nie odchodzi i już nawet nie mogę wyobrazić sobie, jak by to wyglądało, gdyby nagle zniknęła. Więc cóż? Błędne koło! On ma słuszność: kto chce przyjąć Jego naukę, musi się ubrać w nową zupełnie simlah. Żadne łaty nie wystarczą: młode wino rozerwie zetlały bukłak. Trzeba zmienić sposób myślenia, sposób patrzenia na świat, trzeba zacząć nazywać rozsądkiem coś, co się nam wydaje szaleństwem. Nie wiem, po co za Nim idę, na co czekam. Ten nowy bukłak to na pewno to samo, co narodzenie się po raz drugi, o którym mówił wtedy w nocy. Lecz człowiek nie zrzuca swojej skóry jak wąż. Człowiek musi pozostać sobą. Tak gruntownie człowieka nie zmieni ani groźba, ani wezwanie. Mnie się ciągle zdaje, że On za dużo żąda.
Kończył swoją naukę:
- Błogosławieństwo Najwyższego z cierpiącymi dla sprawiedliwości. Otrzymają oni Królestwo Niebieskie... I z wami wszystkimi Jego błogosławieństwo - wyciągnął ręce do tłumu - gdy was nienawidzić będą, gdy was z synagog wyrzucą, gdy was kłamliwie oskarżą, gdy was prześladować i zabijać będą dla mego Imienia, jak prześladowali i zabijali proroków. Wtedy cieszcie się, radujcie i czekajcie. I dla was przyjdzie nagroda...
"I to wszystko?" - zapytasz. Tak. Mam wrażenie, że w tej pieśni o błogosławieństwach On zawarł całą swoją naukę. Mówię: "pieśni" - bo to była pieśń, niby jeden z psalmów stopni. On mówi nieskończenie prosto i jakby dlatego właśnie Jego słowa nieznacznie przechodzą w hymn. Może pieśń nie zawsze jest mową sztuczną, ułożoną celowo dla zabawienia gawiedzi? Chciałeś, abym ci opisał Jego naukę. Zamiast tego przytoczyłem ci Jego słowa. Czy jesteś zadowolony? Myślę, że nie. Ja także wolałbym był usłyszeć coś innego, coś bardziej uzasadnionego - i coś mniej oszałamiającego. Kiedy Go słucham, mam uczucie, jakby słońce spadło mi prosto na głowę z roziskrzonego nieba.
Muszę ci przyznać, że budzą się we mnie nieraz wątpliwości, czy On jest jednak, jak twierdzą saduceusze, burzycielem Zakonu. Ten stary bukłak może oznacza Torę? On jednak zapewnia, że ani mu w głowie rozwalać Zakon. Powiedział:
- Póki są niebo i ziemia, póty nie zmieni się ani jedna litera w Piśmie. Nie przyszedłem go obalić, ale wypełnić. Kto szanuje i zachowuje Zakon, ten znajdzie swe miejsce w Królestwie Niebieskim, choć niskie i poślednie. Ale kto wypełni Zakon - ten będzie największy w Królestwie... - Gdy On mówi "wypełni", zdaje się nie mieć na myśli zwykłego wypełnienia przepisów. Dla Niego "wypełnić Zakon" oznacza znaleźć w nim jakiś tajemniczy wewnętrzny sens. Bierze na przykład stary zakaz z tablic Pańskich: "Nie zabijaj" i tłumaczy: "Kto gniewa się na brata, ten już jakby zabił. Kto bratu powie: głupcze - tego czeka gehenna!" Albo przypomina przykazanie: "Nie cudzołóż" i zaraz dodaje: "Ale ja ci mówię: Wystarczy, abyś zapragnął obcej kobiety - już ją posiadłeś! Żona twoja jest twoim ciałem. Ale kiedy ją porzucisz, pamiętaj - ty winien będziesz, jeśli oddała ciało drugiemu!" Czasami mówi rzeczy, które budzą niepokój. Powiedział
kiedyś: "Słyszeliście, co nakazywał Mojżesz: jeśli kto uderzy drugiego, za życie odda życie, oko za oko, ząb za ząb, rękę za rękę, nogę za nogę, siniec za siniec...? Ale ja mówię: jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu także drugi; jeśli ci kto zabiera kuttonę, oddaj mu i simlah; jeśli cię kto siłą prowadzi - pójdź za nim i dalej jeszcze; jeśli cię kto o pożyczkę prosi i nastaje - daj, choć byś wiedział, że jałmużnę dajesz..." Czy nie nazbyt wielkie żądanie? Posłuchaj jednak czegoś jeszcze bardziej drażniącego. To było właśnie dziś rano. W tłumie otaczającym Go były rodziny Galilejczyków, którzy w czasie ostatniego święta Żniw zostali pomordowani przez Rzymian. Ktoś wspomniał o tych wydarzeniach i oczywiście wybuchnął zaraz płacz i lament. Nauczyciela zajęły te krzyki. Żebyś zobaczył, jak On pochyla nad ludźmi swą głowę, która gdy blask słońca ślizga się po niej, wpada w barwę starego, ciemnego złota, i gdybyś widział Jego głębokie oczy szklące się współczuciem! Gdy Mu ktoś opowiada o cierpieniu, On zdaje się bardziej jeszcze cierpieć niż sam opowiadający. "Mój syn..." - szlochała jakaś kobieta o twarzy suchej i porżniętej zmarszczkami niby spękana na słońcu glina. "Mój mąż..." - powiedziała inna, młoda, pięknie zbudowana chłopka, głosem twardym i bezbarwnym, jakim się zagłusza żałość. Jego usta drgały. Westchnął.
- Czy myślicie - zapytał nagle, zwracając się do otaczających Go ludzi - że jej syn i jej mąż byli większymi grzesznikami niż wy wszyscy? Zapanowała cisza pełna zdumienia i niepewności.
- Nie! - potrząsnął głową. - Więc jeśli pokutować nie będziecie, wszyscy zginiecie! - słowa zabrzmiały niby przytłumiony krzyk rozpaczy. Pod falującą brodą szczęki zacisnęły się mocno. Lecz potem jakby powstała w Nim nowa myśl. Rozłożył szeroko ręce, jak zawsze, gdy zdaje się mówić do wszystkich i dla wszystkich. Podjął:
- Czy pamiętacie, co napisano w Księdze Kapłańskiej? "Nie żądaj krwi brata twego, nie zachowuj dla niego nienawiści, nie szukaj na nim pomsty, kochaj go, jak kochasz samego siebie." A ja wam mówię...
Głos Jego wezbrał niby Jordan w porze deszczów.
- Kochajcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują i nienawidzą. Na jakąż to nagrodę czekacie kochając brata lub człowieka, który was kocha? I poganie to czynią. Ale wy inaczej: bądźcie doskonali, jako Ojciec wasz niebieski doskonały jest...
Kiedy to usłyszałem, w pierwszej chwili miałem ochotę natychmiast rzucić Go i powrócić do Jerozolimy. Cóż to za upodobanie włóczyć się za Człowiekiem, którego słowa są jak kamienie w ustach. "Nadstaw drugi policzek... Kochaj nieprzyjaciół..." Kochaj? Któż zdoła kochać grzesznika? Człowieka, który nas zabija? I czy można zrobić cośkolwiek dobrego, gdy się przyjęło taką postawę wobec przeciwników? Jeszcze raz powtarzam: świat jest pełen zła. Dobro nie obroni się samo. Wszyscy to wiedzą, tylko On tego nie widzi. Wyobraża sobie, że prawda musi zwyciężyć dlatego, że jest prawdą! Niestety! Zawsze prawdzie trzeba było pomagać. I trzeba ją było ludziom narzucać.
Gdyby się chciało Jego słuchać, należałoby zostawić nauczanie i tylko postępować tak, jak się chce, by postępowali inni. Trzeba jednak przyznać, że On tak właśnie czyni. Kiedy patrzę na Niego z bliska, wiem i czuję, że On równie kocha mnie, byle amhaareca z tłumu, Araba, Rzymianina, Greka - czy ja wiem jeszcze kogo! Więcej nawet! On tak samo kocha obcego człowieka jak swoich najbliższych: Matkę, uczniów, braci, siostry... Jeżeli mówię "tak samo", to rozumiem to w ten sposób, że On kocha każdego tak bardzo, że w tej ogromnie wielkiej miłości nie może być różnic. Kocha się mniej lub więcej, gdy się niewiele kocha. Jego miłość zdaje się nie znać granic. Nie mogę wyobraazić Go sobie odmawiającego komukolwiek. Ludzie żądają od Niego cudów niby pożyczki, której wiadomo, że nie spłacą. I On im je daje! Daje jakby wbrew sobie, jakby chcąc pozostać w zgodzie ze swymi własnymi słowami. Bo On przecież ciągle mówi o miłosierdziu i dobroci Najwyższego. I te wszystkie uzdrowienia, których codziennie tyle dokonuje, to jakby unaocznienie tamtej prawdy. On uzdrawia chorych niby pokazując, że Adonaj nie może postąpić inaczej wobec tych, którzy Mu zaufali. "Patrz, jaki On jest - zdaje się mówić. - Ja cię uzdrowiłem; wiedz teraz, czego od Niego możesz oczekiwać! To znak, że powinieneś Mu zawierzyć..." Lecz jeżeli komuś ten znak nie byłby potrzebny? Gdyby ktoś Przedwiecznemu zaufał bez świadectwa cudu? Ta myśl zrodziła się we mnie dzisiaj i zaczyna mnie niepokoić. Wydaje mi się, że widzę otwierającą się pod nogami pułapkę. Dostałeś zdrowie, żebyś wiedział, że Pan jest miłosierdziem. Kiedy w to uwierzysz - co wtedy?... Jakim prawem On mówi w imieniu Odwiecznego? To zuchwalstwo zawsze mnie od Niego odpycha. Nie mogę znieść Jego zarozumiałości! Byliśmy z Nim przed paroma dniami w małym miasteczku Korozaim, tuż nad Kafarnaum. Ludzie witali Go ze wzruszeniem, jak wszędzie tutaj, przynosili Mu chorych, szarpali Go za płaszcz i chwasty, wierzą bowiem, że samo dotknięcie Jego odzienia, nawet Jego cień - zdolne są uzdrawiać. Zresztą to się zdarza... Słuchali także Jego słów, bili się w piersi, pociągali nosami i drapali się w głowę, jak człowiek, który postanawia odmówić sobie tego lub tamtego. Ale gdy po jakimś czasie przyszliśmy do miasteczka po raz drugi, pierwszą rzeczą, na jaką natknęliśmy się, był orszak drużbów, którzy odprowadziwszy oblubieńcowi pannę młodą wracali teraz - wśród pijackich wrzasków - by dalej ucztować w domu jej rodziców. On zatrzymał się i nagle wybuchnął. Nigdy nie wiesz, co zrobi, co powie; czy się uśmiechnie do nieczystego stada amhaareców, czy wystrzeli porywczym krzykiem. On, taki spokojny i cichy - potrafi przecież wybuchać. Mówi wtedy słowa ostre, jakby bicz wielbłądnika świstał Mu nad głową. Podniósł rękę i opuścił ją z rozmachem niby prorok ciskający klątwę.
- Biada tobie, Korozaim! - zawołał. - Gdyby Tyr i Sydon widziały tyle co ty cudów, już by pokutowały w płaczu i w popiele. Dlatego mówię ci: lżej będzie miastom fenickim w dzień sądu niźli tobie! W tym samym porywie odwrócił się ku drodze, którą przyszliśmy z Kafarnaum, z miasta, które tak bardzo kocha, że aż ludzie zaczęli je nazywać Jego miastem. Krzyknął:
- A ty, Kafarnaum, czy do nieba się wznosisz? Nie - szeol cię ciągnie! Gorsześ od Sodomy! Mówię tobie: lżej będzie w dniu sądu ludziom, wśród których żył Lot, niż twoim mieszkańcom...
Oniemieliśmy. Tylko Piotr podparł się pod boki i z góry spoglądał na ludzi naokół. Także synowie Zebedeusza zaczęli z zawziętością wykrzykiwać: "Słusznie! Słusznie! Tak będzie z grzesznikami! Z poganami przestają! Zasłużyli na karę! Zobaczycie - zstąpi na was ogień z nieba!" Patrzyłem w twarz Nazarejczyka. Gdy wybuchnął, był na niej wyraz dotkniętej godności, jakby to Jego samego obraziły pijackie wrzaski korozaimczyków. Ale zaraz zmieniła się. Błysk oczu zgasł. Były teraz niby tafla wody głębokiej studni, która nie wiadomo: szkli się chłodem czy pulsuje ciepłem jak źródła Kallirhoe. Gniewny ton głosu ustąpił nagle. To, co teraz powiedział, brzmiało niby skarga matki przywołującej nieposłuszne dziecko. Skierował ją w stronę uczniów: "Nie wiecie, czyjego Ducha jesteście..." Potem zwrócił się do stojących w krąg mieszkańców Korozaim:
- Przychodźcie do mnie wszyscy - powiedział - wszyscy, którzy cierpicie i którzy pracujecie ciężko. Weźcie moje jarzmo i nieście je jak ja - pokornie i cicho. Jeżeli tak postępować będziecie - nie zabraknie wam radości. Moje jarzmo bowiem to nie ciężar, to szczęście... Szczęście?... Człowiek, który otrzymał błogosławieństwo, jest szczęśliwy. "Błogosławieństwo z płaczącymi..." - to niby zapewnienie: jesteście szczęśliwi, ponieważ płaczecie... Czy może być szczęśliwy ktoś, kto płacze? Nie, Justusie, ta filozofia nie dla mnie! Ja płaczę i nie jestem szczęśliwy. Służę Panu, lecz to mi nie daje szczęścia. Gdyby Rut była zdrowa... Ale nie, muszę być zupełnie szczery. Ten ból tkwi jeszcze głębiej - strzała o urwanym grocie, który uwiązł gdzieś we wnętrznościach. Cóż On ofiarowuje? Zamiast bólu, który sam przychodzi, ból, który na siebie bierzemy? To są słowa. Gdy mnie boli noga, nie zdołam zamienić tego bólu na ból zęba, choćby w danej chwili właśnie ból nogi wydawał mi się najbardziej dotkliwy. Post jest także zadanym sobie bólem. Dlaczegoż jednak wszystkie moje posty nie mogą zastąpić cierpienia Rut? "Błogosławieństwo Najwyższego z miłosiernymi, czyniącymi pokój, płaczącymi..." Tak On mówi. I temu na pewno nie da się zaprzeczyć. On sam jest tego sprawdzianem. On jest miłosierny, gdy pochyla się nad cierpiącymi i zdaje się rozpraszać na nich swoją moc. On czyni pokój - w tej niesfornej hałaśliwej galilejskiej bandzie nikt się jednak nie bije, kłótnie nie są znowu takie częste, a kiedy On mówi, otacza Go cisza prędkich oddechów i mocno bijących serc. On także płacze - musi często płakać i choć tego nigdy prawie nie daje poznać po sobie, mówią o tym bruzdy na Jego świeżych policzkach. Jest ubogi i cierpi prześladowania. Wszystko, co wedle Jego słów stanowi znamię błogosławieństwa i szczęścia jest w Nim. I my czujemy to błogosławieństwo. Jest ono jak aureola nad Jego głową, gdy stoi pod blask słońca. Lecz nie myśl, że On jest kimś niezwykłym. To naprawdę zwyczajny człowiek... I zaraz muszę sobie zaprzeczyć. Tak nie jest. Coś niepojętego promieniuje z Niego w sposób nieuchwytny, a przecież niezaprzeczalny. Nie było człowieka, który by mówił tak jak On...
Jeżeli mówi o tak wielkim zaufaniu do Przedwiecznego, że aż to się wydaje bluźnierstwem, to przecież sam tak właśnie musiał Mu zaufać. "Nie troszczcie się - powtarza po wiele razy - o to, co będziecie jedli lub pili, lub w co się ubierzecie. Patrzcie na ptaki: nie zbierają ziarna na zapas i nie zadręczają się myśleniem o tym, co będzie. Zaufały - dlatego każdy z tych wróbelków, których dwa za asa sprzedają, jest w ręku Boga. Nie kłopoczcie się troskami jutra. Dość trosk jest dzisiaj. Szukajcie Królestwa Bożego, szukajcie go przede wszystkim wytrwale, uparcie, nieustępliwie a wszystko inne dostaniecie także. Wie dobrze wasz Ojciec w niebie, że bez chleba nie żyje człowiek..." Takie jest właśnie Jego życie, niby życie ptaka - bez troski o jutro, choć nie bez pamięci o jutrze. Gdyby tak umieć! Ale to zbyt wielka sztuka dla ludzi jak my - stać się bodaj trochę lekkomyślnymi. Za dużo przewidujemy. Już dziś jesteśmy w kłopotach, które przyjdą. Jeśli nie przyszły - nawet tego nie zauważymy, zajęci z kolei dalszymi. Ciągle trzepocze się w nas niepokój: jak to załatwimy, co powiemy, w jaki sposób postąpimy... Ileż kłamstw postanawiamy wyobrażając sobie, że tak będzie lepiej, że tak będzie rozsądniej. Nieraz zdarza mi się drżeć: co będzie, jeśli choroba Rut potrwa jeszcze rok czy dwa?... Jak bardzo sami siebie męczymy! On zaś tego wszystkiego nie zna. Choć się tylko uśmiecha, Jego cichy uśmiech bardziej jest pogodny niż hałaśliwy śmiech innych. W Jego głosie rozlega się często żal, smutek, prawie rozpacz. Ale jeszcze częściej słychać w nim - radość. Trudno uwierzyć, a jednak ona w nim tkwi. To taka dziwna radość, niby szmer wody na dnie rozpadliny skalnej. Możemy go usłyszeć zawsze, gdy pochylimy się nisko i natężymy słuch. Ale są chwile, gdy źródło tryska w górę fontanną i mieni się w słońcu wszystkimi barwami tęczy. Kiedyś zawołał: "Proście! Stukajcie! Każdy proszący otrzyma, każdemu stukającemu otworzą! Nie dostaniesz węża, jeśliś prosił o rybę..." Po prostu zachwyt promieniał wtedy z Jego słów. On zdaje się mieć tylko jedno zmartwienie i jedną radość: zmartwienie, że ludzie mogą być źli, i radość pochłaniającą wszystko, że większa jest dobroć Najwyższego niż ludzka złość... Niedawno, gdyśmy szli z Nim przez Kafarnaum, zbliżyło się do nas siedmiu starszych tamtejszej synagogi i zaczęli Go prosić, by wyleczył śmiertelnie chorego sługę rzymskiego setnika dowodzącego manipułem, który czuwa na granicy tetrarchii Antypasa i Filipa. Setnik ten bardzo jest jakoby życzliwy dla wiernych i sam przystąpiwszy do "bojących się Pana" przyczynił się do budowy synagogi w Kafarnaum. "Pomóż mu, Rabbi - mówili - to naprawdę dobry człowiek..." "Prowadźcie!" - odparł krótko. Szliśmy wysadzoną czarnymi cyprysami drogą, brzegiem morza, ku ujściu Jordanu. Genezaret leżało w słońcu - rozległa równina na dnie kotła - a na jego powierzchni skakały połyski niby latające ryby. Stojąc w wodzie rybacy w swych krótkich kuttonach i w zawojach na głowie ciągnęli z wysiłkiem ku kamienistemu wybrzeżu sznury od dżarfu. Oczywiście Szymon, Jan, Jakub i inni zapalilli się na ten widok i zaczęli krzykiem udzielać tamtym rad. Aż im ręce się rwały do tych sznurów, pływaków, a także do wody, w której przecinają się chłodne i gorące prądy. Poszli za Mistrzem, lecz cała ich natura pozostała przy łodziach i sieciach. Prostacy... Nigdy nie byliby się zdecydowali na porzucenie tego wszystkiego mimo całego roku wołań i wezwań, gdyby On pewnego dnia nie przemówił do nich... Znam to wydarzenie ze słów Jana syna zebedeusza. Ten chłopak lubi czasami opowiadać. "To było przed porą deszczów - mówił. - Nauczyciel przemawiał do ludzi. Żeby zaś nań nie napierali, wsiadł do naszej łodzi. A kiedy już słońce schyliło się za Karmel i ci, co słuchali, rozeszli się, rzekł do Szymona: "Zarzućcie sieci!". Całą noc byliśmy na morzu i nic nie złowiliśmy. Dwa dni przedtem była burza i ryby odpłynęły na głębię. I teraz wiedzieliśmy, że nic nie złowimy - fala zbyt mocno biła o brzeg. Ale Szymon powiedział: "Skoro Rabbi każe, płyńmy..." Odbiliśmy. Na powierzchni huśtały się pierwsze czarne płachty zmierzchu, kiedy rzuciliśmy sieć w wodę. Potem, jak trzeba, zaczęliśmy stukać kijami w dno. "Pływaki ruszają się, ryba przyszła!" zawołał Szymon. Podpłynęliśmy i chwyciliśmy za sznury. Ale choć nas było czterech, sieć ani drgnęła. Jakby przylgnęła do dna. "Mocniej! Mocniej, chłopcy!" - krzyknął Szymon i sam targał ze wszystkich sił. Nic z tego. Na szczęście płynęła w pobliżu łódź należąca do znanego nam chaburah. Zawołaliśmy na tych, co w niej płynęli, aby nam pomogli. Chwycili z drugiej strony. Ale i wtedy nie od razu zdołaliśmy sieć wydźwignąć. Andrzej zawołał: "Rwą się sznury!" Rzeczywiście pękały nam pod palcami. Szymon, uczepiony burty, ciężarem całego ciała starał się przeważyć opór. Stęknął przez zęby: "Straciliśmy sieć..." To byłaby ogromna strata. Nie mieliśmy żadnych oszczędności w zapasie. Nigdy nie potrafilibyśmy kupić drugiej. Dyszeliśmy, tamci w łodzi obok dyszeli także. "Idzie!" - krzyknął nagle Jakub. "Idzie!" - zawołał Andrzej. "Jeszcze! Jeszcze! Mocniej!" - kierował nami Szymon. Teraz sieć szła naprawdę w górę. Woda między obu naszymi łodziami zaczęła wrzeć. Wydobywaliśmy z siebie ostatek sił. Nagle nad czarną powierzchnią wody ukazała się, niby skała występująca z morza, białosrebrna masa ryb. Ileż ich było! Nigdy, rabbi, nie widziałem czegoś podobnego. Nie dociągnęlibyśmy sami tej zdobyczy do brzegu. Ale pośpieszyły nam na pomoc inne łodzie. Szary zmierzch spowił wszystko, kiedy pod dnem łodzi zachrzęściły kamienie. Nauczyciel stał na brzegu. Szymon rozepchnął nas. Skoczył z burty do wody, w kilku susach dopadł lądu. Widziałem, jak rzucił się do kolan Nauczycielowi. Znasz go, on jest taki gwałtowny... Zawołał: "Idź ode mnie, Rabbi, jestem tylko grzesznikiem!" Ale Nauczyciel uśmiechnął się i dotknął dłonią jego głowy. "To nic..." - powiedział. Mocno oparł swoje obie dłonie na ramionach Szymona. "Lecz teraz - rzekł - będziesz łowić ludzi..." I wtedy - mówiąc to Jan uśmiechnął się melancholijnie - porzuciliśmy wszystko..." Potem skręciliśmy w lewo, by dojść do mostu na rzece, ów setnik bowiem ma dom w Julias. W połowie drogi ujrzeliśmy pędzącego nam naprzeciw jeźdźca na koniu. Zobaczył nas i zdarł wierzchowca; zsunął się na ziemię. Miał na sobie krótką tunikę żołnierską i ciężki pas z kołyszącym się u niego mieczem. W ręku trzymał znak swojej władzy: laskę z winnego pnia. Na jego wygolonej twarzy był wyraz powagi. Stanął na skraju drogi. Czekał wyprostowany, aż Nazarejczyk zrówna się z nim. Wtedy szybko zgiął kolana i przyklęknął. Miał głowę opuszczoną, gęstwa ciemnych skręconych włosów zasłaniała mu twarz. Jezus zatrzymał się.
- To ten, to właśnie setnik, do którego idziemy - podszepnął z tyłu haccan.
Żołnierz tymczasem podniósł się z klęczek; głowa jednak dalej zwisała mu na piersi i ręce miał złożone. Powiedział twardą greczyzną, jaką mówią barbarzyńcy z północy:
- Nie trudź się Kyrie... Dowiedziałem się, że idziesz, i wyjechałem naprzeciw, by Ci powiedzieć, że nie jestem godny, abyś był moim gościem i mówił ze mną, a ja żebym usługiwał Tobie. Wiem - ciągnął - wystarczy, że powiesz, a mój człowiek ozdrowieje. Ty jesteś jak trybun, który rozkazuje żołnierzowi: "Idź tam" lub: "Zrób to" - a żołnierz słucha.
Zapanowała cisza. Setnik stał w cieniu drzewa, ciągle schylony. Jezus patrzył na niego. Z dziwną przenikliwością czarne oczy Nazarejczyka wpatrzone były w żołnierza. Powiedziałbym - z niepokojem... Zdawał się oczekiwać czegoś w napięciu...
- Idź więc - powiedział nagle. - Uwierzyłeś i stało się.
I teraz setnik nie podniósł głowy. Sztywnym żołnierskim ruchem zgiął kolano, przypadł nisko, jakby chciał ustami dotknąć rąbka simlah Mistrza. Potem wstał, wyprostował się. Wtedy dopiero zobaczyłem jego twarz jeszcze młodą, ogarniętą przez radość. Ten człowiek przyjął słowo za czyn. Zakołysał się na nogach, jakby nie wiedział, co ma robić: biec do konia czy raz jeszcze upaść na kolana. Porywczo podniósł rękę. Pozdrowił Mistrza z Nazaretu po żołniersku - niby wodza. Spiesznym ruchem dopadł konia, jednym skokiem znalazł się na jego grzbiecie. Szarpnął wodze, aż rumak zatańczył na tylnych nogach. Zawrócił go pod górę. Jeszcze raz, obróciwszy się do tyłu, podniósł rękę. A potem pognał wśród suchego trzasku kopyt na kamieniach przydrożnych.
Staliśmy patrząc za oddalającym się. Kiedy wreszcie sylwetka konia i jeźdźca rozpłynęła się w dali, Jezus odwrócił ku nam twarz. Mówiłem ci o Jego radości... Nigdy jeszcze nie widziałem, aby biła tak mocno. Można by myśleć, że tajemne jej źródło wytrysnęło w sercu tego Człowieka. Lekko potrząsnął głową, jakby się czemuś dziwił lub czemuś nie dowierzał. Rzekł cicho, chyba tylko dla siebie:
- Nie znalazłem tutaj takiej wiary...
Potem wolno podniósł wzrok. Zobaczyłem, że patrzy ponad naszymi głowami na jezioro podobne do wielkiej formingi przeciętej srebrną struną Jordanu, na płowo_miedziane wzgórza Galaadu, na mieniące się wszystkimi odcieniami zieleni wybrzeże galilejskie.
- Tak - rzekł nagle - to wam mówię: przyjdzie wielu ze wschodu i z zachodu i porwą Królestwo...
W Jego głosie była radość jak dźwięk dzwonków owczych w szklistym powietrzu południa. Lecz zasnuł ją smutek niby mgła towarzysząca pierwszym deszczom.
- Ale synowie Królestwa - dokończył cicho - strąceni będą w mrok...
Staliśmy nie rozumiejąc, o czym On mówi. On zaś przeszedł między nami i zaczął zstępować drogą ku morzu. Ruszyliśmy za Nim. Schodząc myślałem: "Można by mniemać, że jest w Nim dwóch ludzi: jeden cieszy się przyjściem obcych, drugi płacze, że synowie dziedzictwa mogliby być swej schedy pozbawieni. On chce wszystkiego..." To stanęło przede mną, jakby błyskawica uderzyła w spokojne lustro jeziora.
On chce wszystkiego... Taka jest Jego nauka, Justusie, o błogosławionych, którzy są szczęśliwi i płaczą, o Królestwie, które jest pełne swoich i obcych. Doprawdy nie wiem, po co za Nim chodzę... Po co i dlaczego? Ale muszę ci dodać: Ten służący rzymskiego setnika ozdrowiał, i to w tej samej godzinie, w której On powiedział: "Stało się!"



[Listy Nikodema" pisane były w latach 1948-1951, przy łóżku umierającej na nieuleczalną chorobę córeczki pisarza. Elżunia zmarła w sierpniu 1950 roku.
Książka była wielokrotnie wznawiana i tłumaczona na wiele języków obcych. Jest ciągle potrzebna, ciągle poszukiwana, ciągle znajduje nowych czytelników. Co jest tajemnicą tej popularności?
]


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz